Kupię czas hurtowo!

Ostatnio w naszym życiu wiele się dzieje. Zmiany osobiste, domowe, zawodowe, rodzinne aż po te światopoglądowe. Jeszcze trochę i będę bała się wstać z łóżka bo zaraz się okaże, że Pe wstrzyma Ziemię i ruszy słońcem. Dlatego też ostatnio znajduję mniej czasu na bloga. Wkurza mnie to niesamowicie bo po pierwsze: dzień jest za krótki, a po drugie: noce też. Dzieje się tyle, że nawet nie wiem o czym ma być ta notka. Tyle, że przeliczam czas pisania na to co mogłabym jeszcze zrobić. I nie śpię. Całość owocuje u mnie ogromnym gadulstwem. Widzę twarz Pe jak wręcz krzyczy: „boże z kim ja się związałam, czym jest to co leży po drugiej stronie łózka i dlaczego nie chce się zamknąć”. Oczywiście jej wyraz twarzy nie przeszkadza mi w dalszym bablaniu. A wręcz jest to podjudzające.

Ale w skrócie opowiem Wam, że nasz wegetarianizm ewoluuje w weganizm. I z tej okazji najchętniej założyłabym kolejnego bloga kulinarnego dodając góra dwie i pół notki, kopiując to co i tak już przecież zostało ugotowane. A także przestałam pytać w sklepie wegańskim o reklamówki na zbyt duże zakupy.

Kolejna rzecz to zmiana pracy. Czyli odnalazłam zawód jeszcze bardziej obciążający psychicznie niż gotowanie w skwarze pomiędzy krzyczącymi facetami! Brawa dla mnie. Na spotkanie miałam w ogóle nie iść bo z góry założyłam, że i tak się nie uda. Na szczęście Pe wypchała mnie za dwie ósma na spacer w okolice ośrodka rekrutacyjnego i wstąpiłam z nudów na egzaminy. Jakież było moje zdziwienie kiedy spośród wielkiej grupy ludzi, do kolejnych etapów przeszły zaledwie dwie osoby, a w tym ja. Najbardziej zapamiętałam test złożony z 250 pytań dotyczących mnie samej – gdzieś w połowie już zapomniałam kim jestem, a jednak w niczym mi to nie przeszkodziło! Ba! Na koniec usłyszałam, że jestem zgodna w 94% z ich wymogami. Tak więc dzisiaj muszę odbyć ostatni dzień w mojej aktualnej pracy, a potem pozostały mi jeszcze dwa egzaminy w nowej, po której będę albo bezrobotna, albo bardzo szczęśliwa. Zaczynam we wtorek.

Muszę też przyznać, że ostatnie dni w starej pracy to najlepsze dni jakie dane mi było przepracować! Och jak ja się zżyłam nagle ze wszystkimi i jakie to kontakty udało mi się nie odnowić. Jaka dusza towarzystwa się we mnie obudziła i jak to nie zaprosiłam trzydziestu ludzi na imprezę pożegnalną… Pełna pompa i trochę jak z weselem. Weź kogoś pomiń, a zginiesz albo klątwa nad tobą zaciąży.

To w pracy, a po, w domu miałyśmy małe pogotowie opiekuńcze dla szynszyli i gołębia. No tak, znalazłam gołębia ze złamanym skrzydłem. Przytargałam go w pudełku do domu i postawiłam wesoło na stole krzycząc do Pe „niespodzianka”. A co do szynszyli to nie obrażając nikogo – na cholerę to udamawiać?! Skrobie to i drapie i lata w kółko, a jak skacze – takie szczurokróliki to powinny na wolności latać. Potem była jeszcze akcja ratunkowa dziewięciu małych, żółciutkich kaczuszek. Znalazłam też martwą świnkę na drodze i niech mi nikt nie próbuje zaprzeczać, że świat nie daje mi jasnych sygnałów – żryj trawę albo inni zginą!

No nic, trzeba przeżyć ten ostatni dzień i przygotować się na kolejne. Uciekam i dziękuję, że jesteście nawet jak mnie tu nie ma. Pozdrawiamy i przesyłamy pozytywną energię!

Opublikowano Życie codzienne | Otagowano , , , , , , , , | 7 komentarzy

Nowy członek rodziny

Pewnego dnia Pe obudziła mnie stanowczym: „eM to już czas”. I tak patrzyłam na nią aż pociągnie temat, a ona zrobiła tą swoją puszystą buzie i odparła: „no na pieska czas”. I jak zwykle myślałam, że mnie wkręca, że emocjonalne żarty sobie robi. Rozmyślałam jeszcze chwile czy aby nie jesteśmy świeżo po jakiejś kłótni i nie stara się mi podchlibić. Ale nie, wszystko wskazywało na to, że Pe mówi prawdę, i to miłą dla ucha. I tak jak wspominałam w poprzedniej notce, pewnego dnia wybrałyśmy się do schroniska dla zwierzaków. I to nie jednego. Pierwsza rzecz jaka nas zaskoczyła to fakt, że zwierzaki trzymane są w bardzo dobrych warunkach. Całość wyglądała bardziej jak hotel dla zwierząt niż typowe schronisko, jakie miałyśmy okazję oglądać w naszym rodzinnym mieście. Do tego wszystkie zwierzaki ubezpieczone, mnóstwo zatrudnionych pracowników, zapewnione codzienne spacery. Tylko 1% psiaków to kundelki. Reszta rasowa – udana polityka sterylizacji. Niby wszystko świetnie, ale cena zwierzaka nas zdruzgotała. W tym momencie poczułyśmy się jak w sklepie dla zwierząt. No tak, utrzymanie w schronisku kosztuje, a jak ktoś chce psa to zapłaci. Ale ilu z tych ludzi nie wybierze psiaka z papierkiem? Skoro ceny wygórowane? No właśnie. No ale udało nam się być domkiem tymczasowym.

Nasza suczka nazywa się Luna (co drugi pies w schronisku nosi imię postaci z Harrego Pottera). Jest mieszanką haskiego z akitą – rasa HASAK. Czyli totalny mix wrednego charakterku. Przez pierwsze dni nawet nie uraczyła nas spojrzeniem, a potem okazało się, że wszystko w głowie ma poprzestawiane. Kiedy groźnie warczy – chce czułości, poluje na inne psy kiedy te chcą się z nią pobawić, strzela focha jak już wykona komendę i nie cieszy się na spacer. Dopiero po czasie nabrała wiatru w żagle i przekonała się do nas. Rano zwala jedną z nas z łóżka lizaniem po twarzy i ładuje się obok drugiej. Na zmianę, nasz grafik zna już na pamięć. Potem obiera wartę rozkładając się na parapecie i wypatruje naszego powrotu.

Psina po przejściach. Przez 2,5 roku nie biegała bez smyczy, kondycja padała jej szybciej niż nasza. Była trochę kotem, wylegiwała się godzinami na podłodze. Przy rzucie piłką spoglądała na nas jak na idiotki, nie znała zabawy. Była bita i wymęczana przez piątkę dzieciaków. Kiedy pierwszy raz spuściłyśmy ją ze smyczy zawyła jak wilk i wskoczyła do wody. Nie potrafiła z niej wyskoczyć – Pe musiała interweniować i wskoczyć za nią po kostki. Ja sikałam w tym czasie ze śmiechu. Dzisiaj śmiga po okolicznych lasach i powoli wraca z piłką w paszczy, sunie na zaprzęgu jak szalona. Wyrywa nas na codzienne spacery i odżyłyśmy przy niej, żałujemy że nie zdecydowałyśmy się wcześniej. A że dom tymczasowy? Chyba jednak dojdzie do adopcji.

Opublikowano Życie codzienne | Otagowano , , , , , , | 16 komentarzy

Z pamięnika mięsomanki: jak przejść na wegetarianizm

Po naszym szalonym holidayu przyszedł czas na powrót do normalności. Planowanie grafików, pranie, sprzątanie i… gotowanie. No właśnie z tym gotowaniem sprawa się zaczęła. Niczym scena z „Trudnych spraw” czy czegoś takiego, co miałyśmy możliwość poobserwować w Polsce. Usiadłyśmy wieczorkiem przy świecach, w dobrych nastrojach i nagle Pe zauważyła, że odkładam kawałki kurczaka na bok. Owe kawałki nagle zaczęły lądować w chusteczce na drugim końcu stołu, szczelnie zamknięte. „Co ty eM, rozchorowałaś się? Czy znowu się odchudzasz? Tylko, że to mięso jest twoim najmniejszym problemem, bez obrazy”. Dobrze, że dodała to „bez obrazy”. Jednak to nie było to, w końcu padło „Pe, my jemy zwłoki”, po czym rozległa się muzyka z horroru.

Gdybym miała cofnąć się w czasie i w punktach opisać moje przygody z żywieniem, napisałabym tak:

1. Jestem dzieciorem, nie mam nic do gadania, jem wszystko jak leci, a nawet przejawiam ponadprzeciętne zainteresowanie mięchami każdego rodzaju. Około podstawówki podczas spędzania wakacji na wsi, pierwszy raz widzę jak zabija się zwierzęta domowe i że biegnąca kura bez głowy dostarcza dorosłym niesamowitej rozrywki. A zarzynana świnka krzyczy jak człowiek, na całe gardło. Niestety nadal jestem dzieciorem i nie mam nic do gadania. Po moim donośnym piszczeniu mama zezwala na tydzień wegetariański. Nie mam pojęcia o białkach ani witaminach, jem suchego ziemniaka z surówką, a mama podsuwa mięso z hasłem „tak już ten świat jest zbudowany”. Cudowna pani od przyrody inspiruje i ratuje mnie z opresji, pokazując inne metody na wyrażanie mojego „nie”. Razem z kolegą, z klatki obok chodzimy po blokach i zbieramy podpisy pod petycją przeciwną wywozom koni na rzeź. Obleśny facet w samych slipach otwiera nam drzwi i grozi policją. Jak to dzieci boimy się i ograniczamy naszą działalność do namawiania rówieśników do bojktowania cyrków.

2. Wiek nastoletni. Wiążę się z agresywną, oceniającą weganką. Za cel stawia sobie zamianę mojego stylu żywienia. Wmusza mi placki bananowe na każdej randce. Smaży je na wynos i na miejscu, dzień i noc. Pewnego dnia odkrywa w moim domu pudełko pełne placków obrośniętych pleśnią. Ginę od jej słowotoku i napiętnowania przez jej hipisowską gromadkę. Boję się wegan, a Pe doradza mi jak się z tego wykaraskać.

3. Wiążę się z dziewczyną, która przejawia problemy żywieniowe, waży tyle co nic. W końcu jogurt dziennie zamienia się w trzy mięsne posiłki dziennie. Klaszczę w przerwach pomiędzy gotowaniem. Utwierdzam się w przekonaniu, że niejedzenie mięsa jest szkodliwe.

4. Wyjeżdżam do UK, gdzie próbuje wszystkiego co nowe, a na kuchni żartujemy z wegetarian odwiedzających nasze restauracje. Gonimy się z ruszającymi krabami między stolikami, potem celuje w nie tasakiem pierwszy raz. Zabijam. Jestem jak dorośli z mojego wczesnego wspomnienia. Wmawiam sobie stare powiedzenie mojej mamy.

5. Zakochuje się w Pe, która nienawidzi gotować, która potrafi żyć bez mięsa. Same panujemy nad swoją lodówką, ja rządzę w kuchni. Z miłości do niej pieczołowicie ściągam ścięgna, żyłki i obieram skórę. Pe przystosowuje się do mnie, a każde napomknięcie o diecie roślinnej powoduje u mnie nerwice i wizję podwójnego gotowania. Pe może żywić się tylko jabłkami, serio.

6. Poznajemy przyjaznych wegan. Nic nam nie beblają, nie zamykają oczu na widok kanapki z szynką. W trakcie odwiedzin na wszelki wypadek nie częstujemy ich niczym oprócz herbatą. W końcu oznajmiają, że nie są tak radykalni jak moja była, że nasze patelnie im nie śmierdzą śmiercią. Gotują dla nas, zajadamy się smacznie. Pe proponuje miesiąc wegetariański. Przeżyłam, dla niej i z ciekawości. Zanotowałam, że w trakcie, Pe gotuje dla mnie, bez przymusu.

7. Ewoluuje w pracy na kuchni. Mus z ikry małżów św. Jakuba doprowadza mnie do ekstazy. Nie widzę innych zamienników, a kuchnia wege kojarzy mi się z chipsami zagryzanymi jabłkiem na przemian – nuda. Kocham mięso, grillowanie wiosenne, gotowanie dla mięsożernych znajomych. Nie wyobrażam sobie inaczej, nie chcę żreć trawy. Chłonę wszystkie kulinarne książki i programy.

8. Znajomych z punktu szóstego odwiedzamy w Polsce. Po pięciu minutach przebywania w ich domu chcę być przez nich adoptowana. Razem z ich piątką psów i dwójką kotów (też są wege jakby coś). Zaczynam czuć pewien psychiczny dyskomfort, że w czasie kiedy ja dyskretnie trawię drób, oni opowiadają o zachowaniach stadnych kur.

9. Skok na spadochronie porządnie przewietrzył mi mózg. Już mało co mnie ogranicza. Jedziemy na przejażdżkę do schroniska dla psów. Gubimy się, staję autem przed farmą krów. Odsuwam szybę i krowy biegną w naszą stronę, jak pieski. Mają piękne czarne oczy, gładkie włosie jak moje ukochane konie i nie wiedzą, że pożeram ich rodziny. Wstyd mi za to okropnie. Dociera do mnie, że paczka mięsa w sklepie to kawałek krowy. Równie dobrze mogłabym wziąć nóż i sobie coś wykroić na obiad. Kupując w sklepie nie mam krwi na rękach, morderstwa dokonuje ktoś za mnie. Nierzadko jakiś psychol, który jeszcze maltretuje te zwierzaki. Nie ma bata, tak żyć nie będę.

Razem z Pe zrobiłyśmy research. Wszystkie filmiki o diecie wege nie stanowią już dla mnie makabrycznej propagandy, a dosadnie ukazaną prawdę – tam nie ma aktorów, to są zwierzęta zabijane w rzeźniach. Szalona weganka z punktu drugiego, nie jest w moich oczach już więcej ani trochę szalona. Kiedy ktoś próbuje coś wytłumaczyć, i już ręce opadają bo widzi jak ślepy jesteś i głuchy na otoczenie (na cierpienie żyjących istot). Trochę jak z homofobią, nerwica bierze i pozamiatane bo ten z biblią wyskakuje albo porządkiem świata (ludzie od zawsze jedli mięso, to jest naturalne = ludzie zawsze dobierali się w dwupłciowe pary, tak już jest). Jeden mega przeciw, a drugi w pełni pro – no nie dogadają się. Aż nie poczują, nie poznają, nie zobaczą. Z byciem anty-coś kojarzy mi się tylko slogan: „tak jest od zawsze”/”taki jest już świat” – brawo, siedź w komforcie i się nie wysilaj. Gdyby nie ci pro aka wyluzowani optymiści to dalej siedzielibyśmy w szałasach. Co akurat nie jest jakieś negatywne, ale można to też odnieść do innych, bardziej przykrych części historii ludzkości.

Na szczęście po wielu latach ignorancji totalnej, dotarło do mnie, że tyle zwierząt ile ucierpiało dla mojej przyjemności zaspokojenia kubków smakowych nie pomieściłby mój dom, a nawet całe osiedle domów. A dodajmy do tego całą rodzinę, każdego z osobna, przyjaciół i obcych, a nawet Ciebie. Może tak jak ja kiedyś, nie utożsamiasz tego co na talerzu z tym co biega po łące (a żeby jeszcze biegało, bo może być tak, że nie widzi słoneczka od najmłodszych lat). A może nawet, tak jak ja – dawno nie widziałeś z bliska żółtego kurczaczka (one lecą żywe na taśmie prosto do maszynki na pasztet, jeśli nawet to cię nie rusza, to pomyśl, że jesz mix piór z oczami i dziobami – smacznego).

Nie namawiam, ani nie zabraniam ALE! Mam taką optymistyczną wizję, że za tysiąc lat wszyscy będą weganami (o ile wcześniej nie pozabijamy wszystkich i wszystkiego). No i też polecam, spróbować choćby raz w tygodniu, lub bez spinania, bez zaprzysiężenia na łamach gazet i obietnic publicznych – zobaczyć jak to jest. Bo wcale nie jest tak trudno, a nawet jest przyjemnie. A jeśli nie warto próbować, to na pewno warto się doinformować, poczytać, pooglądać – i sprawdzić czy nam to odpowiada. Ja osobiście byłam w szoku, że żyję w wielkiej nieświadomości tego, że zwierzęta giną w makabrycznych warunkach, strasznie o tym cicho. Na prawdę, kurcze można inaczej. I piszę to jako wielka ex-psychofanka mięsa – na co macie dowód w starych notkach. Dziś już wiem, że nie trzeba mieć żadnych super mocy, żeby przejść na wegetarianizm, a jedynie świadomość i serce. 

Kilka dni temu obchodziłyśmy nasza szóstą rocznicę, powiedziałyśmy sobie z tej okazji oficjalne „tak” dla nie jedzenia mięsa. Jednocześnie meldujemy, że nie zmarłyśmy w tragicznych okolicznościach ani nie przejawiamy żadnych skutków ubocznych, którymi straszą sceptyczni. Trawniki w okolicy też mają się dobrze. Pozdrawiamy!

Opublikowano Życie codzienne | Otagowano , , , , | 11 komentarzy

No to hop

No i właśnie. Miałam nawiązać do naszego spełnionego marzenia (już setnego chyba – tak świadomie). Skok na spadochronie to jest moc! To jest jakby starcie ze śmiercią, pokonanie najostatniejszej bariery, skok w nicość, lot w dół z masakryczną prędkością bez zabezpieczenia (do momentu otworzenia spadochronu oczywiście, ale tak to odczułam). Czy ktoś mi uwierzy na słowo, że nie boję się już chyba niczego? Włączając w to strach przed pająkami (to znaczy jeszcze badam sprawę, ale pozbywam się ich już tylko za pomocą chusteczki higienicznej, GOŁĄ RĘKĄ!).

Wstałyśmy rano zaspane i udałyśmy się na lotnisko Częstochowa-Rudniki. Przywitała nas grupa świrów – jak o sobie mówili. Uprzedzali – raz skoczycie, a z domu zaczną znikać kosztowności, będziecie odmawiać sobie przyjemności, żeby dozbierać na kolejny skok. Miałyśmy dwóch różnych instruktorów. Mi się trafił ten bardziej rąbnięty, Pe taki bardziej spokojny. On w ogóle stwierdził, że nie lubi swojej pracy, że mu się nie chce skakać, że czasem ludzie kopią nogami jak porąbani, że musi się przypinać do roztrzęsionych ludzi zalanych potem. A mój instruktor? Cóż, tylu podtekstów seksualnych nie usłyszałam chyba nawet od Pe przez ostatnie sześć lat. Na szczęście stres mi przesłonił zdolność bycia ofochaną/zdegustowaną.

Chwile potem podpisałyśmy papierki, że jak się coś stanie to w ogóle nie ich wina, że narażamy życie na własną odpowiedzialność – czy było coś jeszcze bardziej zniechęcającego? Tak. Historia o tym, że ludzie rzygają w powietrzu.

Zapieli nas w odpowiednie odzienie, nie powiem Pe całkiem pozytywnie wypadła w takiej stylizacji. Za to ja trzy razy przymierzałam różne rozmiary, aż w końcu się poddałam i wsysłam się w sobie. Szybkie szkolenie i informacja: „lądować nauczą was w trakcie lądowania” – to nie był żart. I przyszedł czas na pytania: „a zdarzyło się wam, że ktoś nie skoczył będąc już w samolocie?” – „nie, nigdy”.

Wsiadłyśmy do samolotu, który marginesem mówiąc do góry to leciał pionowo. Gdzieś tak w połowie drogi z powodu ciśnienia straciłam przytomność na kilka sekund. Odwracam się, patrzę, Pe się śmieje, ludzie gadają, nikt nie zauważył. Jesteśmy wysoko, małe drzewka, ludzików to już wcale nie widać, zawijane zarysy dróg, pola i chmury. Nagle drzwi się otworzyły, powietrze wbiło się do środka, trzeci instruktor powiedział: „no to pa” i wyskoczył jak mała piłeczka. Wtedy poczułam jak mój instruktor zaczyna wierzgać nogami i zrozumiałam, że nadszedł czas na mnie.

Umówiłam się z Pe, że ja skaczę pierwsza. Bo jak ona skoczy to ja dostanę głupich myśli, w stylu: „ja nie muszę/jej wystarczy za nas dwie/niech się bawi dziewczyna, ja popatrzę”. Ale tam na górze bałam się o kilka procent mniej niż tam na dole. To wyczekiwanie na naszą kolej było tragiczne. Tutaj już coś się działo. A no i jeszcze coś. To miłe uczucie widzieć jak Pe pierwszy raz w życiu nie zgrywa samicy alfa, nie cwaniakuje, nie udaje, że wszystko ma pod kontrolą, no cholera! Bała się! I ja to wychwyciłam. Miód na moje oczy, krem na suche ręce.

Przesuwam się do drzwi, staję na krawędzi, a za chwilę już nawet nie stoję, tylko wiszę cztery tysiące metrów nad ziemią przypięta do instruktora i słyszę: „no to co eM, skaczemy? Mi się nie chce wracać na dół samolotem, nienawidzę tego”. No i miało być na raz-dwa-trzy z pochyleniami. Skoczyliśmy od razu. Nie byłam gotowa, krzyczałam jak nigdy wcześniej – podobno, bo tego nie pamiętam. I polecieliśmy, dwa bezwładne ciała, obracające się jak tylko chcemy. Jak się rozłoży ręce i zacznie kierować to leci się tam gdzie się chce – jak na skrzydłach, jak ptak. Ten huk samolotowy zamienił się w cisze. Nie było niczego. Ani muzyki, ani rozmów, ani tego wszystkiego co na co dzień słyszymy za oknem. Bezwzględna cisza.

Jednak dwieście kilometrów na godzinę zrobiło swoje. Pęd powietrza był tak masakryczny, że zaczęłam się dusić. Skopałam instruktora (ale nie obrzygałam!). Myślałam, że tego dnia umrę, że nie wytrzymam bez kolejnego haustu powietrza. Wtedy spadochron zaczął się otwierać i zwolniliśmy. Ale jak to bywa w moim życiu coś poszło nie tak – bo takie przeżycie to za mało, dowalmy tej dziewczynie, z lękiem wysokości jeszcze bardziej. Ludzie na dole zaczęli się zbiegać, a mój instruktor przestał odpowiadać na moje pytania. Coś się odpięło i znowu, waliliśmy w dół jak kamienie i znów brak powietrza. Pomyślałam, że rąbniemy w ziemię, ale że umrę ze satysfakcją, że to życie było cudowne. Za chwile wszystko wróciło do normy i byliśmy coraz bliżej ziemi. Rozpoczęła się nauka lądowania, ale ja tego nie ogarnęłam. Wylądowałam na kolanach i gdyby on się ode mnie nie odłączył na czas, złamał by mnie w połowie.

Wszyscy się zbiegli i pytali czy wszystko w porządku, coś gadali o linkach, o skręceniu. Usłyszałam jak mój instruktor stwierdza, że „ona chyba nawet nie wie co się stało”. Wtedy przypomniałam sobie o Pe z terrorem. Skoro ja nie mogłam oddychać, a ona wiecznie sapie, dusi się po nocach – to już chyba po niej. Patrzę w niebo, a ona już nadlatuje z gracją, uśmiechnięta, cała i zdrowa.

Po wszystkim okazało się, że mój spadochron nie otworzył się do końca, że lądowaliśmy awaryjnie, że zaliczyłam dwa skoki w cenie jednego. Tylko dlaczego ja? Pe stwierdziła ze śmiechem, że to wszystko wina bloga. Że te historie same się piszą, przyciągają do nas, żeby było ciekawiej. No to ja chyba zamykam ten rozdział pamiętnika.

Okazało się również, że prawie każdy dusi się podczas skoku i że jest na to sposób. Zakryć dłonią usta. Ale instruktor nie powiedział mi o tym (w zamian rozpościerał moje ręce na boki siłą). Dlaczego? A no żeby zdjęcia ładne wyszły. Tak po prostu. A z tym rezygnowaniem ze skakania, już w samolocie to też była ściema. Psychologiczne gierki, które przekonują do skoku „bo im za nudno wracać na dół bez skoczenia sobie z klientem”.

No i tak właśnie dociągnęłyśmy do końca spełnianie naszego marzenia. Pe się nie dusiła – to tylko ja jestem jakąś tam ofiarą losu – no chyba że znowu zgrywa odważniaka. Ale duma jest i pozytywna energia. Tylko co teraz bo nudno trochę w życiu się zrobiło.

Marzymy o kolejnym skoku, marzymy o wyrobieniu licencji, może nawet o byciu instruktorkami, a jak na Pe przystało – o byciu fotografem w powietrzu. No dlaczego nie? Każdy może wszystko.

Poza pękniętym nosem, po którym rozlał się wielki siniak (nawet nie wiem gdzie i kiedy przywaliłam tak mocno) i przewianymi uszami, otwartymi szeroko na atak anginy pozostało mi niesamowite wspomnienie. I nie wiem czy też tak macie. Ale czasem budzę się w nocy ze zrywem, w trakcie snu, w którym czuję jak lecę w dół i w coś uderzam. I to uczucie nie jest nawet w pięciu procentach tak realistyczne i intensywne jak to, tam na górze. Chcę więcej.

A tu nasze zmagania (mnie jest mniej bo z powodu awarii filmik się urwał w środku):

Opublikowano Życie codzienne | Otagowano , , , , | 5 komentarzy

1/3 eurotrip

Nasz urlop powoli dobiega końca, ale już zdążyłyśmy wycisnąć z niego jak najwięcej. Zaczęło się nieciekawie bo od kolejnej wizyty u dentysty. Na szczęście dostałam skierowanie na leczenie w szpitalu, pod narkozą. Mój dentysta nie podejmie się dalszego krzywdzenia mnie psychicznie. Już na wejściu przypomniał sobie mój ostatni napad histerii. Jako dzielny pacjent udałam się z Pe w nagrodę na centrum miasta. Stwierdziłyśmy, że Sekret nas poprowadzi. Weszłyśmy do kilku biur podróży i niczego ciekawego tam nie znalazłyśmy. Więc wypadało zastanowić się nad wyjazdem do Polski. Bilety lotnicze oczywiście kosmicznie drogie. Więc pozostała wyprawa samochodem. I pojawiły się pytania, ale czy damy radę, czy nasze auto nie wyzionie ducha w połowie, a co jeśli to i tamto. A do tego zgubiłyśmy jakąś część od GPSa. Wsiadłyśmy do środka, a tam owa część dosłownie wyturlała się spod siedzenia – dostałyśmy znak, ruszamy. Kilka przeglądów, polowanie na gaśnice, planowanie i kombinowanie – w ten sposób na wyjazd byłyśmy gotowe w kilka godzin. Pe nabyła bilety na prom i tuż przed planowanym odjazdem nasza drukarka strzeliła focha (myślę, że ktoś kto pewnego dnia stworzy drukarkę pozbawioną ludzkich elementów zbije na tym miliony. No bo czy ta historia nie powtarza się w każdym domu? Odmowa działania w najbardziej awaryjnej sytuacji.). Sklepy drukujące już pozamykane, biblioteka nieczynna – dupa. Pozostało sięgnięcie po pomoc u znajomych. Oczywiście co druga osoba nie ma tuszu, a co trzecia papieru. Jednak w końcu udało namierzyć się kogoś na drugim końcu Nottingham.

W ten sposób ruszyłyśmy prosto do Dover, unikając Londynu jak ognia. O świcie byłyśmy już na pokładzie, zakochane w tym malowniczym, portowym miasteczku. Odpływając wysłałam smsa to brata z informacją, że jesteśmy w trasie i jeśli nie odezwiemy się do niedzieli, może zacząć nas szukać. A no i żeby nie ważył się informować innych, bo miała to być niespodzianka. Zasięg zniknął, a my byłyśmy zdane tylko na siebie. Rozłożyłyśmy się na fotelach i obserwowałyśmy wschód słońca na morzu przez okna – niesamowite! I kiedy już zaczynało robić się romantycznie zemdliło nas na całego. To bujanie statku jest nie do zniesienia. Spałyśmy aż do Francji, tam Pe stwierdziła, że zjedzie tylko z promu i dalej się przesiądziemy. Nie przewidziałyśmy tylko, że z promu zjeżdża się prosto na autostradę. Musiałyśmy z prędkością światła przypomnieć sobie zasady prawostronnego ruchu „odgapiając” kierunki jazdy od innych kierowców, zwłaszcza na rondzie.

Z Francji skierowałyśmy się do Brukseli. Tak bardzo chciałam zobaczyć m.in. parlament europejski. Pe w pocie czoła starała się namierzyć poprawny kierunek. Niestety w końcu zaczęło się ściemniać i tak objechałyśmy całe zakorkowane miasto wypełnione szaleńcami bez efektu. Podjęłam jednak ostatnią próbę i zapytałam o drogę przechodzącą dziewczynę, na co ona odparła tylko coś, co brzmiało mniej więcej „żepąę” i odeszła. Zmęczone i załamane ruszyłyśmy do Holandii, a potem do Niemiec. Pe owinęła się kocem i zasnęła, a do mnie dotarło, że od trzech dni nie zmrużyłam oka. No bo kiedy kieruje Pe, nie potrafię przestać jej podglądać. Kiedy moje uwagi zaczęły ją irytować, musiałam bardzo delikatnie dobierać słowa i mierzyć ton głosu. Melodyczną barwą podgadywać „czy zaczęłaś już może hamować Pe?/myślę kochanie, że już czas zjechać na prawy pas jakbyś miała ochotę, chyba że nie masz to nie nie/wiesz nie to, że coś, tak tylko mówię, że jedziesz dosyć szybko”. Wtedy zobaczyłam, że deska rozdzielcza przygasła i pomyślałam, że akumulator siądzie lada chwila. Zostaniemy w środku Niemiec bez ogrzewania i telefonów, a na drogach pustki – świetnie. I kiedy chciałam przykręcić wyloty grzewcze (jakkolwiek to się na prawdę nazywa) odkryłam, że tak na prawdę, to jest to pokrętło od natężenia światła deski rozdzielczej. Dzięki bogu, musiałam kolanem zahaczyć i przyciemnić światła. W końcu mignął nam znak „Republiken Polen” i byłyśmy już w ex-domu.

Wycieńczone dojechałyśmy do mojego rodzinnego domu. Zapukałyśmy i cisza. Po pięciu minutach otworzył nam partner mojej mamy, który nie do końca chyba zaskoczył, że my to my. Krzyknął w końcu wesoło: „Ha, mamy gości!”. I nie zapomnę tej miny, kiedy mamę sparaliżowało w szoku, w jednym momencie. W końcu rzuciła się na nas, tylko po chwili dodała, że przecież żaden samolot nie lata o tej porze. I prawie zeszła na zawał, kiedy dowiedziała się, że my tak po prostu wpadłyśmy autem. To samo było, w każdym kolejnym późniejszym przypadku. Rodzina Pe, moje rodzeństwo, nasi znajomi. I było warto! Uwielbiamy robić niespodzianki!

I zaczęłyśmy bardzo intensywny tydzień. Nawet nie podejrzewałam, że będzie tak ekscytujący. Wybrałyśmy się ze znajomymi do Krakowa, a tam rozpoczęłyśmy przygodę z Urbexem, pierwszy raz wspólnie. W informacji na dworcu, pracuje niesamowicie klimatyczny koleś. Udałyśmy się do niego w celu zasięgnięcia pomocy. No bo Kraków znamy nieźle, a miałyśmy ochotę na coś fajnego. Od razu pokierował nas w stronę kopca, za starym cmentarzem. I wybrałyśmy się w poszukiwaniu dziury w ogrodzeniu. W trakcie poszukiwań zaczęła się kręcić ochrona cmentarza, Pe nawiała jak najdalej opracowując w głowie wymówkę. Jednak nasza znajoma poszła na całość i zapytała ich o pomoc wprost. Nie dość, że wskazano nam właściwe miejsce, to jeszcze pokazano w jaki sposób ogrodzenie przeskoczyć i dodatkowo opowiedzono nam historię tego miejsca. Na dokładkę przeczekano z nami jeszcze dobre dziesięć minut, aż starsza pani opuści swoją wartę. I naszym oczom ukazał się stary kamieniołom, miejsce pozostawionej scenografii do Listy Schindlera. Facet z informacji nie ściemniał – było niesamowicie. A potem udałyśmy się do Let Me Out. Wybrałyśmy pokój laboratoryjny, w którym nas zamknięto, a my rozwiązując zagadki musiałyśmy się z niego wydostać. I muszę stwierdzić, że współpraca i komunikacja grupowa całkowicie u nas leży. Każda rzuciła się w inną stronę, w ciszy i skupieniu. Żadna nie reagowała na pytania i sugestie. W końcu utknęłyśmy w martwym punkcie, bo do otwarcia walizki zabrakło nam siły. Na szczęście prowadzący dopomógł nam i jeszcze dodał dziesięć minut extra. Udało się wydostać.

Przez kolejne dni, przeżyłyśmy jeszcze sporo, aż nadszedł dzień napicia się alkoholu z tatą Pe. Odmówić? Nie dało się. I bogu dzięki, że skończyło się na jednej butelce bo ja już latałam, a tylko Pe wsadziła mnie w samochód i zawiozła w dalszą podróż do znajomych. Później jeszcze miałam okazję przyodziać zbroję samurajską, spróbować wegańskich lodów w centrum dowodzenia Zielonego Talerza, zrobić sesję zdjęciową w budynku do gry w paintballa, wypić yerbkę w Fanaberii katowickiej i na koniec spełnić marzenie numer jeden ever – skoczyć na spadochronie (ale o tym w następnej notce).

Nasz pobyt w Polsce przedłużył się o dzień. Wyjazd przekładałyśmy z godziny na godzinę. A zgubiłyśmy się już po trzydziestu minutach jazdy. Na szczęście wszystko wróciło do normy po małej konsultacji na stacji benzynowej. W Anglii niestety nasz GPS ogłupiał i wywiózł nas do centrum Londynu. Przejechałyśmy się tunelem pod Tamizą i w końcu wróciłyśmy do domu. Szczęśliwie i wesoło. Choć wymęczone i wyczerpane. Tuż przed zaśnięciem Pe pocałowała mnie czule i uświadomiłam sobie, że przez ostatni tydzień nie miałyśmy czasu nawet się przytulić. Jednak wracamy do normy i na pewno to nadrobimy.

Dzięki wszystkim jeszcze raz za wszystko, to były najlepsze wakacje w życiu!

Opublikowano Życie codzienne | Otagowano , , , , | 4 komentarzy

Nie zrobię dla ciebie wszystkiego

Niesamowity przywilej skorzystania z usług angielskiej służby dentystycznej spotkał mnie ostatnio. Zwijałam się jakieś pięć dni z bólu zanim odważyłam się skorzystać z pomocy. Rycząc na Pe w stylu: „odejdź, zostaw, idź stąd, samo przestanie”. Pe próbowała na różne sposoby: miłością, szantażem, systemem nagród i kar. Dopiero kiedy napomknęła, że nadchodzący urlop nie idzie w parze z bólem, pękłam. Ale tylko chwilowo, bo jak tylko trzy kilo ketanolu zaczęło działać powróciłam do zamiatania sprawy pod dywan. Pe po kryjomu wykonała telefon pod 111 (to takie 112, ale dla lżejszych przypadków). I podsłuchałam: „moja partnerka zwariowała! Jest na haju od tych przeciwbólowych, a do dentysty nie daje się zaciągnąć!”. Pani po drugiej stronie uparła się na rozmowę ze mną i zaczęła psychoterapię: „ale wiesz, że nie będzie lepiej? To się nie skończy samo, będzie coraz gorzej. To był paracetamol czy ibuprofen?”. Myślałam, że padnę ze śmiechu. Takie ujarzmiacze bólu jakie mamy w domowej apteczce, sprowadzane z Polski i takie ich ilości to oni chyba przepisują umierającym. Cały rok wystrzegam się leków jak tylko mogę, żeby na taką okazję sobie nie żałować. A paracetamol przy bólu zęba? Nie wyznaję tej samej wiary. Ale do wizyty przekonała. „Prawdopodobnie cierpisz na dentofobię” – serio? Nie wiedziałam.

Jedziemy, trzęsę się cała, Pe udaje, że ją nie rusza i że nie mam powodów do obaw: „przytulić cię kochanie?” „nie.”. A w głowie kotłują mi się wspomnienia z ostatniej wizyty, bryzgająca krew z moich ust i słowa mojej mamy „nic nie będzie bolało, wyjdzie jak z masełka” (że co?!). Wchodzimy, dentystycznego smrodu nie czuć tylko w poczekalni. Wychodzi pielęgniarz, wypełnia ze mną kwestionariusz, czuję się jakbym wypełniała oświadczenie woli. W między czasie dołącza do nas starsza Brytyjka i komentuje mój nerwowy chód. Dodaje, że uwielbia chodzić do dentysty. I jestem nagle w gabinecie, pan wskazuje mi drogę na fotel, a ja w ryk. Wchodzi Pe i widzę jak ściska ją serce i patrzy z politowaniem. I tłumacze im na przykładzie arachnofobii, że to nie o ból chodzi, ale o strach i już. Dentysta niewzruszony, jak zimny głaz mówi tylko „rozumiem”. Odpłakałam swoje, pielęgniarz ociera me łzy i zaczynam negocjacje, których narzędzi nie wolno im użyć. Na przykład tego okrutnego haczyka, lusterko może być. I cieszę się tylko, że to nie Polska, nie tamten gabinet z przeszłości, i nie te słowa „czego wyjesz babo?! Taka duża, a wyje. Jak będziesz rodzić będzie jeszcze gorzej”. Apeluje do ludzkości: wysoki wzrost nie przekłada się na wzrost odporności na trudne doświadczenia życiowe.

Po chwili dostaje receptę na penicylinę. Wow, pierwszy antybiotyk wypisany w UK. Jestem w szoku, nie słyszę zaleceń ani tego co mi jest i wybiegam ślepo przed klinikę. Wyje na całą okolice. Załoga kliniki w szoku, odpytują Pe, co tam się stało. Całość skutkuje kolejną wizytą. Wracamy do domu i mówię do Pe, że nie wiem czy nie mam alergii na penicylinę. Pe w szoku i przypomina, że powiedziałam mu, że nie. A ja po prostu nie wiem, nigdy nie brałam i nie pamiętam tamtej rozmowy. Biorę jedną tabletkę na próbę. Moja psychika działa, zaczyna mi być słabo, w lustrze dostrzegam nieistniejące plamki na twarzy. Ale z chwilą kiedy ból zęba mija wszystko wraca do normy. Ja wracam do normy i żyję do dzisiaj.

Przy tej okazji doszłam do wniosku, że dotarłam do tej granicy związku, kiedy „zrobię dla ciebie wszystko” nie istnieje. To jest mój limit. Głupia wizyta u dentysty. Mój limit poświęcenia rozmydla się w momencie kumulacji zbyt dużej dawki stresu wywołanej białym fartuchem. Pe wesoło podgaduje kolejne pomysły: „może cię zabiorę do takiego dziecięcego? Albo zapalisz zioło tuż przed? No chyba, że mam przestać cię całować?”. Pe jest wredna, to nie podlega dyskusji, ale przynajmniej jest wesoło. I tłumacze jej, że tam nie wrócę. Że ten facet miał jakiś zły sadystyczny wzrok. Zimny, szklisty. Między nami przetacza się dyskusja na temat wyborów życiowych, no bo kto decyduje, że pragnie grzebać w zębach? Wędrujemy przez inne dziedziny medycyny: ginekologia, urologia i tak dalej. Dla Pe wszystko ma swoje wyjaśnienie. Nawet zachowanie tego gościa: „eM, może cię to zszokuje, ale tak wygląda profesjonalizm. Rzeczowo opowiedział ci o wszystkim co cię czeka i co się dzieje. To nie jest twój przyjaciel, który będzie trzymał cię za rękę i okazywał czułość, chyba że ja zacznę studiować stomatologie”. Nie zrobiłabyś mi tego Pe! Wole słuchać po godzinach o zdjęciach, nie o szkliwach.

Opublikowano Życie codzienne | Otagowano , , | 6 komentarzy

50 shades

Tak jak sobie obiecałyśmy, wróciłyśmy do parku narodowego. Pościgałyśmy się trochę na autostradzie i zjechałyśmy w góry. Walka o miejsce parkingowe trwała jakieś dobre trzydzieści minut. Pe stwierdziła, że musimy jechać za Japończykiem, bo oni zawsze coś wymyślą. I tak też się stało, po piątym kole skradania się za Azjatą znalazła się wolna luka. Do Wzgórza Abrahama prowadził wyciąg linowy, a takim czymś nigdy w życiu nie jechałam! No może raz, w Chorzowie, nad parkiem – ale nic z tego nie pamiętam. Kolejny raz okazało się, że lęku wysokości wyzbyłam się przy Pe już dawno. A i uzależniłam się od adrenaliny. Było pięknie, ale żeby nie ziewnąć musiałybyśmy otworzyć drzwi, wyrzucić linę i rzucić się z krzykiem w dół. Zamiennie Pe zaczęła huśtać wagonikiem na wszystkie strony.

Na szczycie powędrowałyśmy sobie w głąb starej kopalni ołowiu i fluoru. Chyba z dziesięć razy przywaliłam głową w niski sufit, na szczęście nie przełożyło się to na moje samopoczucie. W drodze powrotnej zaczęłyśmy namierzać opuszczone budynki w okolicy. Bo i szykujemy się do małych eksploracji w przyszłości. Tutaj mała informacja – szukamy towarzyszek z całej Anglii. Im więcej tym raźniej. (Urbex)

Z kolei wczoraj wybrałyśmy się pojeździć konno niedaleko Mansfield. To był drugi raz Pe w życiu, a mój już nie zliczę który, ale pierwszy od jakiś ośmiu lat. I strasznie mi tego brakowało! Jechałyśmy pięknym szlakiem, wzdłuż rzeki otoczonej jaskiniami, które kiedyś zamieszkiwali ludzie! Przydzielono mi pięknego łaciatego konia Charliego, a myślałam, że padnę ze śmiechu gdy Pe przyprowadzono kuca. Moja mała Hobbitka. Pe poczuła się bardzo urażona więc zaplanowała już kilka lekcji dla nas.

A wieczorkiem jeszcze zahaczyłyśmy o kino i wybrałyśmy się na „Teorie wszystkiego”. Zapowiadało się świetnie, niestety ogrzewanie w sali padło, a my przemarznięte przez jazdę na koniach nie byłyśmy w stanie wysiedzieć i musiałyśmy zmienić salę. Wkradłyśmy się kilka sal dalej i czekałyśmy. A tam niespodziewanie 50 shades of grey. No świetnie. Dawno temu przebrnęłam przez połowę książki i spodziewałam się wszystkiego. Od pierwszej minuty nie mogłyśmy powstrzymać śmiechu, dialogi były TRA-GICZ-NE. Potem tragizm dialogów przelał się na obraz. Dla nas to taki smutny film, na pewno nie na walentynki, a wyszłyśmy bardziej zniesmaczone niż podekscytowane (i to nie dlatego, że film heterycki). Kiedy film się kończy zwykle po seansie zapada cisza, ludzie zbierają manatki i wychodzą. W tym przypadku nagle światła się zapaliły a wokół rozpoczął się panel dyskusyjny wśród uczestniczek. No wszystkie kobiety tak zaczęły nawijać i komentować, że harmider był przeogromny. A nie daj boże ktoś się odezwał w trakcie seansu, ofensywa z każdej strony.

Opublikowano Życie codzienne | Otagowano , , , | 6 komentarzy

Walentynki z dreszczykiem

No i po Walentynkach. Jeszcze kilka lat temu zapierałabym się, że nienawidzę tego święta, nie obchodzę, ani nie tykam komerchy. Dziś muszę stwierdzić, że miło jest kupić komuś kwiaty, albo chociaż wyrazić chęć ich zakupu. Dla nas to taki dzień na zatrzymanie się, przyjrzenie nam, celebrowanie naszego związku. Z samego rana wyleciałam do pracy mijając stoisko z kwiatami, prowadzone przez lesbijkę w podeszłym wieku. Uwielbiam to miejsce, a sama kobieta jest bardzo urocza i potrafi przewidzieć, w który bukiet „uderzę” w mgnieniu oka. Niestety nie wyrobiłam się czasowo i odłożyłam zakup na „po pracy”. A w pracy nabawiłam się niezłych wyrzutów sumienia. Gdy moja szefowa odbyła niezbyt przyjemną rozmowę ze swoją połówką, po czym zaczęły się zwierzenia. A wtedy w końcu padło pytanie: „a wy co planujecie na dzisiaj?”. I choćbyśmy zaplanowały najnudniejszy wieczór filmowy, czy nawet leniwą drzemkę w duecie, wypadłybyśmy niesamowicie romantycznie na tle jej i jego pijanego faceta. Próbowałam zmienić temat, ale się nie dało. „Pe zabukowała stolik w Jamie Oliverze”. Na co ona odrzekła: „fajnie, też bym chciała sobie iść do restauracji”. A wtedy piorun mnie trzasnął (a raczej bezgraniczna miłość do ludzi i chęć poprawiania im humorów) „jak chcesz możesz iść z nami…”. Bardzo podchwyciła temat, a ja wyobrażałam sobie sytuacje, gdy oznajmiam Pe, że mamy towarzyszkę. Potem zapadła cisza, a ja roztapiałam się coraz głębiej w swoich wizjach, aż w końcu powiedziała, że żartuje. No i kamień z serca. Ale swojej głupoty nie wybaczę sobie na długo.

Uciekłam z pracy troszkę wcześniej i ruszyłam w poszukiwaniu kwiatów. Przy stoisku spędziłam sporo czasu, jak wiadomo moje niezdecydowanie daje o sobie znak w każdej sytuacji. Spokojnie nastawiłam nastrajającą muzykę i włożyłam słuchawki w uszy. Przystąpiłam do oceny estetycznej każdego bukietu z osobna, wspomagając się skalą od jeden do dziesięć, a wtedy ktoś mnie objął od tyłu. No i masz. Pe w swojej całej okazałości. Z kwiatem, ze słodyczami, ba nawet balonem w kształcie serca dyndającym wysoko nad nią! To tak jakby ktoś jeszcze nie zauważył, że jesteśmy parą. I śmieje się mój wesołek, a mi ta muzyka w uszach jeszcze potęguje emocje i patrze w te jej zakochane oczy i całujemy się w końcu pod diabelskim młynem na rynku. Kurczę, ja coraz częściej czuję, że gram w jakiejś komedii romantycznej.

I wtedy okazało się, że chwilkę wcześniej była w tej mojej pracy, gdzie moja nieszczęsna szefowa ujrzała ją w całej okazałości. Proszę jej facecie. Ogarnij się. A raczej eM, ogarnij się. Czy jesteś lepsza? Kwiaty nie zostały zakupione, nie miałam nawet głupiej kartki, choć ukradłam długopis z pracy, żeby gdzieś na kolanie naszkicować list miłosny. Wstyd. Wróciłyśmy do domu (w tym ja z podkulonym ogonem). Zaczęłyśmy się szykować na kolację, gdy nastąpiła zmiana planów: „Pe, a może tak dasz się zabrać na przejażdżkę?”. Pe jak zwykle chętna odparła, że do restauracji można iść zawsze. No cóż, tak szczerze to na wycieczkę też. Jednak odwołałyśmy rezerwacje, zjadłyśmy po kanapce z tuńczykiem (ozdobione sercem z majonezu) i wsiadłyśmy do auta.

Zabrałam Pe do pobliskiego parku narodowego. Było pięknie, jak to w parkach tego typu. W końcu zaczęło się jednak ściemniać, a my skręciłyśmy w dzicz, naszym nie-terenowym autkiem. Dwudziestostopniowe zjazdy, ostrzegawcze znaki, labirynty drogowe obrośnięte pnączami, a zasięg w telefonie zgasł. Totalna ciemność naokoło nas, a Pe zaczęła mamrotać o martwych ciałach, dzikich zwierzętach czy topielcach w pobliskiej rzece. Wtedy pierwszy raz, z naszych ust padło stwierdzenie, że jeśli tu umrzemy, to miałyśmy szczęśliwe życie, a najważniejsze, że jesteśmy razem. Wtedy jakby strach uleciał, podkręciłyśmy muzykę i wydostałyśmy się w końcu w bardziej ruchliwe miejsce.

Miałyśmy dosyć przygód więc ruszyłyśmy do Manchesteru. Przez całe sześćdziesiąt mil odśpiewałyśmy cały swój ulubiony repertuar. Od naszej pierwszej piosenki, po te ostatnie. Była Coma, było Deep Purple, Jet, Elton John przez Abbe, Kasie Kowalską, Hey, aż po Edyty Górniak i Geppert czy One Direction. Dotarłyśmy do Manchesteru. I to w samo serce homo wioski, pełnej barów, knajpek, splecionych dłoni par jednopłciowych, przechadzających się drag queen i drag kingów. A nad tym wszystkim wielki błyszczący napis G-A-Y plus komentarz Pe, która miała tą przyjemność beztroskiego obserwowania okolicy z miejsca pasażera: „Jeeej, eM zobacz tam! Napis! Nasi! Jedna litera jest jak cała ty!”. Ach, no to jak tak to faktycznie, trudno przeoczyć.

Czy się bawiłyśmy całą noc w barze? Nie. Choć po całym tym dniu czułyśmy się jak po koncercie, wyśpiewane z rozdartymi gardłami. I czekało na nas jeszcze powrotne siedemdziesiąt mil jazdy. Trasa hardcorowa bo po górach, z zawijasami. Potem złapała nas mgła rodem z horroru. Pustki i słaba widoczność. Aczkolwiek zarys krajobrazu naokoło wszystko nam wynagrodził. Potem szybko pod górę i lekko po wzniesieniu, prawie jak przez chmury po pasie startowym. Powinnyśmy nauczyć się latać. Po wszystkim padłyśmy jak nieżywe, nawet chrapanie Pe przestało mnie obchodzić. Nigdy nie zapomnę tych Walentynek.

Opublikowano Życie codzienne | Otagowano , , , | 3 komentarzy

Lesbijskie porno – dziewczyny działajcie!

Dobra, zacznę dziś od niespodzianki czyli – założyłam drugiego bloga.

www.les-opowiadania.blogspot.co.uk – zapraszamy.

A od czego się zaczęło? Nasz grafik zajęć dodatkowych pęka w szwach, ale na wszystko brakuje nam czasu. Doszłyśmy do wniosku, że w tym nowym roku czas na przeanalizowanie naszych planów dnia. A jak to ze spontanicznymi pomysłami u nas bywa – przychodzą po jedenastej w nocy. A żeby to zrealizować, Pe niezbędna do tego była zmiana w otoczeniu. No bo bez kolejnej tablicy korkowej nasze życie nie ulegnie żadnej zmianie!

Ruszyłyśmy więc na zakupy. Tym razem prowadziła Pe. Dzięki temu miałam szansę pobawić się naszym sprzętem grającym i odkryłam sekretny guzik, który włącza dodatkowe głośniki w aucie (o których istnieniu nie miałyśmy pojęcia). I teraz to my się wozimy jak divy rapu, drąc gardła z całych sił wzbudzając śmiech innych kierowców na każdym czerwonym świetle. A w sklepie dramat. Pe wyszperała „najpiękniejszą tablicę korkową na świecie”, taką która przypominała podobrazie – niestety dostępne rozmiary nie objęłyby dziesięciu kilogramów doczepionych karteczek. Pe załamana, jak gdyby wszystkie nasze plany życiowe miały legnąć w gruzach. I wtedy zapaliła jej się żarówka w głowie i stwierdziła: „eM ale ty mi powiesisz cztery obok siebie i będzie pięknie?” – takie niby pytanie, ale już w drugiej części przechodzące w stwierdzenie. Wiedziałam, że to przekracza moje umiejętności, ale jak podłym czynem byłoby odmówienie Pe i jak mogłoby to się dla mnie skończyć. No to w ruch poszedł młotek, poziomica, miarka, a nawet sznurek z ciężarkiem na końcu. I powiem tak, byłam z siebie dumna dokładnie w połowie drogi, nawet Pe mnie obskoczyła, że „jakie to seksowne, że umiesz wbić gwoździa eM” (zaskakujące jak kobiecie niewiele do szczęścia potrzeba). No ale miłosne uniesienia skończyły się w momencie gdy wszystko z hukiem odpadło na podłogę. Ratując swój seksowny image zaczęłam wbijać więcej i więcej gwoździ, gdzie popadło. Efekt? Ściana wygląda tragicznie, a ja strzeliłam focha i udałam się na górę robić reserch wśród znajomych par les, jak one ogarniają ten temat (brat, tata, nie wieszamy obrazków). Udałam się bez rozwiązania na dół, stanęłam na przeciwko tej przeklętej ściany i wtedy podeszła Pe, objęła mnie czule i wpatrywałyśmy się w tą ścianę tak jeszcze przez dziesięć minut, niczym w zachodzące słońce. Pomyślałam, że może nie potrafię zrobić tego w tradycyjny sposób, ale myśleć potrafię i w końcu wszystko zawisło na miejscu. Obiecuję, że kiedyś wrzucę cały ten innowacyjny system na serwis dla majsterkowiczów, bo jestem pewna, że na świecie nie ma takiego drugiego przykładu. 

Pe zadowolona. Rozpoczęłyśmy planowanie, a wtedy znalazł się czas i na pisanie. Wracając do drugiego bloga, Pe wymyśliła, że na każdy tydzień zaprezentuje mi osobny temat na maksimum trzy strony A4. No więc ćwiczę sobie, a w szufladzie nie widzę już dłuższego sensu wszystkiego trzymać, gdy znajomi wciąż naciskają „no pokaż coś”. W UK nauczyłam się między innymi nie chować się z niczym, bo najważniejsze to tworzyć, a efekty będą coraz lepsze. I znam wiele osób, które mają pomysły, chcą ale blokują się. Dziewczyny trzeba działać! Kiedy w polskim Internecie większość lesbijskich rzeczy to pornosy dla facetów – piszcie, nagrywajcie (niekoniecznie jest to nawiązanie do porno ;)), twórzcie serwisy, skrzykujcie się na imprezy – budujmy nasze zaplecze. Żeby żadna z nas nie czuła się wyobcowana, bo cały temat les (a przecież szeroki jak z Polski tu do nas) zamknięty jest w kilku blogach, dwóch serwisach www i kilku książkach.

W ten sposób ukończyłam swoją wizję romansu politycznego, a jestem w trakcie „królewskich intryg z zakazanym owocem w tle”. I nie mam pojęcia czym mnie jeszcze Pe zaskoczy w przyszłości. Pracujemy też nad wywiadem dla NOWEGO SERWISU DLA KOBIET LES I BI – za który bardzo trzymamy kciuki i cieszymy się, że ktoś w końcu mówiąc brzydko ruszył tyłek.

A teraz powracam do prozy życia. Mamy gości – mamę Pe i jej siostrę, które zabieramy dziś do Peterborough w odwiedziny do kuzynki. I znów jestem chora, znowu zatoki i rozpaczam bo przez to nie dostanę dzidziusia na ręce. Ale za to wykręciłam się z zakupów i dlatego piszę tą notkę. Dzięki za czytanie i wszystkie opinię jak i konstruktywna krytyka na temat nowego bloga będą bardzo mile widziane! Bo w miejscu stać nie lubię. Przesyłamy pozytywną energię!

Opublikowano Życie codzienne | Otagowano , , , , , , , | 2 komentarzy

Shake that thing girl!

Jakiś czas temu narzekałam Pe, że ja to muszę zawsze wszystko organizować, dopinać na ostatni guzik. Chyba wzięła sobie to bardzo do serca, bo jakiś tydzień później oznajmiła mi, że bierzemy duchowe chorobowe l-4 i jedziemy do Doncaster. Naładować się pozytywnie. I cóż. Nieukrywajmy, wpadłam w furię, że coś zostało zaplanowane bez mojej wiedzy. Że będę musiała wymigać się od planów i je przekładać. Ta urodzinowa tiara księżnej nie została ofiarowana mi na darmo, jestem najtrudniejszą dziewczyną na świecie. Nie do zniesienia. Na szczęście Pe ma krótką pamięć co wbrew pozorom może stanowić zaletę. Oczywiście bez większych przeszkód poprzekładałam swoje plany, to mnie nawet bardzo zaskoczyło. Wtedy Pe rzuciła mi pod nos dwa bilety na koncert Lez Zeppelin. Szok i niedowierzanie – fakt faktem dodałam siebie na facebooku na to wydarzenie już jakiś miesiąc temu, tak żeby subtelnie podkreślić bujającej w obłokach Pe, moje preferencje muzyczne. Już nawet pogubiłam się w tych moich intrygach i zapomniałam o tym, a tu proszę, łykła haczyk i zorganizowała. Szok.

Lez Zeppelin to taki babski zespół coverujący Zeppelinów, który wielbię od szesnastego roku życia. Jako że łączy w sobie kawał dobrej muzyki z moją słabością do kobiecych wokali, w ogóle do muzykujących kobiet. A czy członkinie są lesbijkami to już się przekonałam osobiście, na żywo. Bo od lat w wywiadach stwierdzają tylko „definitely maybe”.

No więc odkurzyłam swoją ramoneskę, Pe wygrzebała swoje emo ciuszki i ruszyłyśmy w rytmie hard rocka. Przeżyć niezapomniane. Koncert odbył się w bardzo klimatycznym miejscu, w starym kościele przerobionym na knajpkę. Gotyckie okna i marmurowa podłoga. Spodziewałyśmy się szału. Tiaaa…. Patrzę w lewo, dyskutujący ludzie siedzący przy stolikach. Patrzę w prawo – wyprostowani Brytyjczycy pod muchą, w garniturach dzierżący lampki wina w dłoniach. Na wprost buchający dym ze sceny, okrywający piękne kobiety w sukniach. Patrzę na Pe i cicho pytam czy w tej całej organizacji nie pomyliła miejsca, lub może daty. Czułam się jak na stypie i wsiąknęłam w skórzany fotel na tyłach oczekując końca supportu – Screaming Eagles (który jakby miał tam próbę, przypadkiem). Wtedy przemknęły obok nas cztery mega laski, z pudełkiem pizzy w rękach. Zatkało i mnie i Pe. Potem kolejno udawały się do toalety, do baru, spacerowały po całym miejscu i absolutnie nikt ich nie rozpoznał. A na prawdę trudno w tym całym towarzystwie było ich nie zidentyfikować. Jak już doszłyśmy do siebie, ruszyłyśmy do perkusistki, którą niemal zszokował fakt, że ktoś w końcu do niej podszedł.

Wyszły na scenę, normalnie to ja nawet nie widzę całej postaci na koncercie. A tutaj jakby każdy obawiał się podejść za blisko. I ruszyły z grubej rury – rock’n'roll, black dog i heartbreaker. Zaczęłyśmy tak wariować, że boleści odczuwam po dzień dzisiejszy, smarowana cyklicznie przez Pe „maścią dla sportowców”. W pewnej chwili odgarniając włosy zorientowałam się, że jesteśmy jedyną ruszającą się parą ludzi w całym tym przybytku. I już wiedziałam, że grubej imprezy nie będzie. Ale cudownie mieć taką kobietę, z którą można wszystko i jak tylko zamknęłyśmy oczy, zatracając się w muzyce to nawet się tego nie odczuwało. One same jakby podkreślały, że coś tutaj nie gra. I w ten właśnie sposób skradłyśmy sobie kilka uśmiechów i zdobyłyśmy ich uwagę. Ale wiadomo, psychofani widzą różne rzeczy, więc aż tak mnie nie słuchajcie.

Gitarzystka a’la Jimmy Page, niesamowity taniec wokalistki, poczucie humoru perkusistki, nieśmiała, niepozorna basistka, stroje, soczysta muzyka – nigdy tego nie zapomnę. Na koniec bisowały jeszcze communication breakdown – przeniosłam się w czasie. Zeszły ze sceny i SPOKOJNIE (zaznaczam, spokojnie bo ludzie byli tak drętwi, że nikt nie pofatygował się o autograf/rozmowę/zdjęcie oprócz nas) udałyśmy się w ich stronę. Było nam strasznie smutno, że ludzie tak ich przyjęli, nawet nie wiem kiedy wyrzuciłam z siebie, że przyjechałam z moją dziewczyną zobaczyć je aż z Polski (chyba stres mi uderzył do głowy). I nie wiem kto doznał większego szoku, Pe czy one. Dostałam pałeczkę i smutne słowa o etykietowaniu ludzi, dyskryminacji w muzyce i… nadchodzącej lub przebytej trasie koncertowej po Polsce (nie słyszałam gramatyki w tym szumie). No właśnie, że co? Trasa po Polsce, a ja AŻ tutaj kiedy TAM pod nosem, prawie moja ściema się sypła. Na koniec poczułam się jak cebulak, który ściemnia dla souvenirów, bo perkusistka zaczęła mi wsuwać ich płytę za pazuchę, zaznaczając „nie pokazuj nikomu bo wszyscy się zlecą” (otóż, nie, nie sądzę. Oni byli zbyt głusi by dostrzec wasz geniusz).

I morał z tej notki jest taki, żebyście posłuchały Lez Zeppelin:

Opublikowano Życie codzienne | Otagowano , , , , , | 5 komentarzy