Jaszczurza siostra

Jakieś dziesięć lat temu wyszłam z szafy przed moim bratem. Nastąpiła wtedy między nami bardzo długa cisza poprzedzona szokiem. Padło też pytanie X, na które zawsze reaguje wykręcaniem oczu – „jak wy to robicie?”. Potem nasze porywcze charaktery utrudniały nam kontakty coraz bardziej. Słowo za słowo, ząb za ząb. I zawsze był typowym dokuczającym starszym bratem. Kiedy poparzyłam się nadmorskim słońcem, tak że skóra odchodziła mi płatami – krzyczał za mną „jaszczur!”. Kiedy mi sie przytyło zostałam „kaczą dupom”. Ale nie to było najgorsze. Kiedyś wystraszył mnie w środku nocy tak bardzo, że doznałam paraliżu całego ciała. Ale dożyłam swojego wieku! Potem był już milszy. Często wraz ze swoją dziewczyną zabierał mnie do kina. Na Pokahontas, na Dzwonnika z Notr Dame czy inne Króle Lwy. Teraz miałam okazję mu się odwdzięczyć. Przyjechał w odwiedziny. I teraz to ja, razem z moją dziewczyną mogłam zabrać go na wycieczki. Wstyd się przyznać ale przez ostatnie lata rozmawialiśmy ze sobą tylko kilka razy. Poznawaliśmy się od nowa. I chociaż daleko mu do homofoba, to strasznie się obawiałam tego jak przyjmie moją Pe. Oczywiście panikowałam niepotrzebnie. Pe nie da się nie lubić, potem to już sami wyrywali się na zakupy czy pstrykanie fotek. Słyszałam tylko na zmianę „masz świetną dziewczyne” kontra „masz super brata”.

Zaliczyliśmy kilka pubów na rozluźnienie atmosfery. Potem było Halloween, degustacja deserów w Jamim Oliverze. Wybraliśmy się też do Londynu, gdzie połowe czasu spędziliśmy w Camden Town gapiąc się na świecące tancerki w Techno sklepie. Odwiedziliśmy miejsce narodzin Iron Maiden, a na koniec wylądowaliśmy na międzynarodowych targach cukierniczych w Birmingham. Udało nam się zamienić słowo z Carlosem Lichettim – takim Gordonem cukiernictwa. A po powrocie Pe spełniła moje marzenie o słodkiej zemście – wystraszyła mojego brata tak, że upadł na podłogę. Czyli jak dla mnie wystarczająco. Nawet Luna się do niego przywiązała. Wytarzała się w jego łóżku po czym zakopała czekoladę pod jego poduszką.

I nie mogę uwierzyć, że mój brat i moja mama wytrwali na diecie wegańskiej prawie całe dwa tygodnie. Była wpadka z Subwayem po czym wytoczyłyśmy najmocniejsze działa, w postaci filmów i długiego wykładu. Jak zwykle najmilej było udowodnić, że nie „żremy trawy”. A wyroby sojowe potrafią naśladować wszystko.

Dzisiaj ich pożegnałyśmy. I trochę mi się popłakało za nimi. Ale przynajmniej rozstajemy się w zgodzie, rozpoczynając nowy rozdział. Na naszej ścianie zawisł obraz jego autorstwa, przedstawiający mnie + Pe i nasze osobowości. Nie mogłam sobie wyobrazić lepszego prezentu. Więc znowu wracamy do naszej tęczowej rzeczywistości, gdzie mam nadzieję znaleźć trochę więcej czasu na pisanie. Więc obiecuję zaglądać tu częściej.

 

 

Opublikowano Życie codzienne | Otagowano , , , , , , | 3 komentarzy

Jak zaskoczyć swoją dziewczynę i na tym nie ucierpieć, czyli wypadek na moście

Urodziny Pe całkowicie mnie pochłonęły. Siedziałam i myślałam całymi dniami co tutaj zorganizować. Aż mnie trafiło. Już nie raz z ust Pe padało w moim kierunku słowo „wredota”. I ten diabelski plan był tego przypieczętowaniem. Stety pomysł mogłam zrealizować tylko w Szkocji, z sześć godzin jazdy autem na północ. No to pakujemy się! A w między czasie naskrobałam takiego oto maila:

„Cześć! Moja narzeczona wkrótce obchodzi urodziny. Z tej okazji chciałabym niespodziewanie zepchnąć ją z mostu z zasłoniętymi oczami. O niczym nie wie i niech tak pozostanie aż do naszego przyjazdu, do ostatniej chwili. Dzięki i do zobaczenia!”

Gdzieś pomiędzy tym wszystkim znalazłam też czas żeby wysłać jej kwiaty do pracy. Z dołączoną karteczką, na której ręcznie napisałam „Wkrótce zginiesz. M.”. Nie no, żartuję napisałam coś bardziej urodzinowego. Najlepsza była reakcja Pe, która na sto procent stwierdziła, że to na pewno nie dla niej. Na szczęście kwiaciarka dopięła swego i ją przekonała do swojej racji. Została też wzięta za dziewczynę Pe. Urodziny urodzinami ale najważniejsze, że oznaczyłam teren w nowym środowisku. Wiadomo jak te integracje pracownicze wyglądają.

Ale cała wycieczka miała podwójny sens. Z miesiąc temu dopadła mnie filozoficzna myśl nad moim sensem istnienia (dlatego znikłam stąd na aż tak długo). Bo wiecie, kiedy mieszkałam w Polsce miałam twarde priorytety. Punkt pierwszy – znaleźć bratnią duszę, ale taką nadzwyczajną, o której książek się naczytałam. Rycerka w lśniącej zbroi piechotą przemierzająca zakamarki mojego serca (bo od idei jazdy konnej już się odcinam). Punkt drugi – ukraść ją w bardziej tolerancyjne rejony świata, gdzie wydają zezwolenia na ślub. I kolejne punkty to było coś o domu, psie, fajnej pracy i życiu długo i szczęśliwie. Dokładnie nie pamiętam już o co mi w tym chodziło bo wywróciło mi się to wszystko w głowie i powstał niezły bajzel. Otóż ja już tego nie chcę! Rezygnuję i pragnę uciec. Nie od Pe, bo już mnie chyba nic od niej nie uwolni. Ale kiedy już ma się to wygodne życie, poukładane i ciepłe to nagle człowiek zaczyna czuć się jak w klatce. Moja znajoma stwierdziła, że chyba nie lubię być dorosła. Niestety dorosłość wali po pysku co rano lojalką podpisaną w pracy na całe dwa lata. I nie to, że nie lubię swojej nowej pracy bo jest świetna! Ale jest też prosta i spokojna.

Naoglądałyśmy się filmów, naczytałyśmy pamiętników, blogów, napatrzyłyśmy na zdjęcia i atlasy. Wymyśliłyśmy, że ruszymy autostopem przez świat. Ten wyjazd do Szkocji to miało być takie ochrzczenie nowych podróżniczek, próba mentalna. Ale oszukiwałyśmy samochodem i wizytami w knajpach. Nasz pomysł na nowe życie troszkę się skomplikował bo jesteśmy za wygodne panienki. Ale! Namiot był. Ostatnia zdobycz w Tesco za 9.99. Pani z obsługi stwierdziła, że wariatki. W góry jadą z namiotem dla dzieci. Ruszyłyśmy jednak pełną parą i gdzieś pomiędzy tymi mokradłami, pod wiaduktem Glenfinnan (gdzie kręcili Harrego Pottera) czekałyśmy zmoknięte do rana czatując na Hogwart Express. Znalazłyśmy taki minimalny skrawek suchej ziemi, gdzie twarda skała odcisnęła swe piętno na moim plecu. Kiedy rozpaliłam ognisko i zaczęłam smażyć zupy w puszkach nagle usłyszałyśmy dziki. I zapadła grobowa cisza. Pe zapytała nieśmiało czy wiem coś o dzikach. Skłamałam jej pierwszy raz, że nie. Ona odwdzięczyła się tym samym. Chociaż dobrze obie wiedziałyśmy, że w jej rodzinnym mieście dziki atakują ludzi plus obie dobrze znałyśmy rymowankę z Pana Kleksa. Miałyśmy wysłać psa na zwiady, ale Luna była tak wybiegana, że zapadła w śpiączkę i można ją była szturchać, machać szynką po nosie i nic. Zgasiłam ognisko i poszłyśmy spać w terrorze. Pe zapomniała o całej sprawie w mgnieniu oka i zachrapywała rytmicznie. Ja non stop słyszałam kroki i przypominałam sobie najgorsze ujęcia z najgorszych obejrzanych, leśnych horrorów życia. Rano okazało się, że owe kroki stanowiły niezagrażające życiu pokropywania deszczu.

Kolejną noc spędziłyśmy w aucie, a następną u koleżanki w Edynburgu. Miałyśmy nie spać wcale. Miałyśmy wybrać się do najciemniejszego miejsca w Szkocji i obserwować krwawy księżyc. Potem „wcale” zamieniło się na „piętnaście minut drzemki”, ale zasnęłam tak mocno, że chyba zaraziłam zmęczeniem cały dom. Bo i mężczyzna Ka zaspał do pracy. Niestety w tym wszystkim całkowicie pomyliłam daty i książyć ku naszemu zdziwieniu wyglądał całkiem zwyczajnie. Definitywnie potrzebuję więcej takich wyjazdów, żeby z naszego wyjazdu marzeń cokolwiek się ziściło. Ale na dzień dzisiejszy muszę stwierdzić jedno. Troszeczkę zwiedziłam i Szkocja to najpiękniejsze miejsce jakie mogłam sobie wyobrazić. Wodospady, góry, jeziora, morze, lasy rodem z powieści Tolkiena. A nawet te nazwy miejscowości, no magiczne!

Pozostał nam tylko gwóźdź programu. Skok Pe na bungee. Wywiozłam ją do lasu, pokazałam wysoki most nad rzeką i kazałam jej nieświadomie patrzeć w dół. Wiele godzin później – bo niestety organizacja nawaliła leciała już bezwiednie pięćdziesiąt kilometrów na godzinę, czterdzieści metrów w dół. I jak już ją wciągnęli spowrotem, kiedy myślała, że ma to już za sobą przystąpiłam do diabolicznego planu B. Znacie takich szczerych ludzi, którzy twierdzą coś w stylu „nigdy w życiu tego nie powtórzę! Terror!”. Pe do takich nie należy. Pe to jest cwaniak, Pe ze stoicką miną stwierdzi: „Nah, normalka, za drugim razem bym nawet nie pisknęła”. No to proszę bardzo, postawili ją na skraju drugi raz, tym razem plecami w nicość. A my z Luną, z dołu zajadałyśmy popcorn. Pies tego nie ogarniał. Patrzył na Pe zawieszoną głową w dół jak zahipnotyzowany. Wrażenia Pe z pierwszej ręki: „eM, to było jak umieranie. To było gorsze od skoku ze spadochronem. Tej liny nie czuć w ogóle, jesteś bez sprzętu, w swoich ubraniach, lecisz strasznie długo. I widzisz jak te skały w rzece zbliżają się niepokojąco szybko. Całe życie przeleciało mi przed oczami. DWA RAZY!”. I pomyśleć, że to było jej marzenie. Dlaczego my to sobie robimy? Ostatnio przy okazji nurkowania tak nad tym rozmyślałam. Dlaczego po prostu się nie zrelaksujemy jak ludzie, tylko walimy adrenaliną do mózgu.

Żeby nie było za łatwo, Pe zrewanżowała mi się przejściem po moście linowym, w górach nad rzeką bez zabezpieczeń. Trzęsłam się jak galaretka. Ale doszłam. Cała polska wycieczka biła mi brawa. Niestety podziękowałam za drogę powrotną i udając, że wszystko gra i mnie w ogóle lodowata górska woda nie rusza, przemaszerowałam glanami po kolana przez rzekę. Jak mawiała moja ciotka: „Jesteś kobietą i wszystko co nie jest porodem jest łatwym spacerkiem w życiu” (dotyczy bólu zęba, łamania kości czy walnięcia młotem w głowę). Podziwiam starsze panie Azjatki, które z werwą dotarły na ten trudny szlak. Myślałam sobie „nie sapmy tak, nie róbmy wstydu, one są ze sto lat starsze od nas”. Ale wiadomo tofu light i kung-fu robi swoje.

Tak czy siak życzę mojej Pe kolejnego roku szczęścia, aż do następnych urodzin. Aha  i rozsądku. Bo nie ukrywam, że boję się o własne życie. Moje urodziny tuż tuż…

 

Opublikowano Życie codzienne | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , | 8 komentarzy

Jak to właściwie jest z tymi imigrantami/uchodźcami – ludźmi?

No właśnie. Obecnie temat numer jeden wszędzie. I mój personalny najtwardszy orzech do zgryzienia ever. Myślałam, że jestem tolerancyjna, empatyczna i pozytywnie nastawiona do ludzi do granic możliwości, a tutaj takie coś. Bo nie raz i nie dwa pomogłyśmy, dostałyśmy piachem w oczy i tak w kółko. No i sama emigrowałam, co jest wisienką na torcie moich rozmyślań. Otóż wakacje spędziłyśmy we Włoszech. Punkt pierwszy wycieczki – Rzym. Otóż moi drodzy Rzymu już nie ma. To znaczy fizycznie jest, ale nie ma tam już tego historycznego ducha antycznego miasta. Za to jest chaos, bród, smród i agresja. Jako że wszystkie autobusy nam odjechały, sprytnie zorganizowałyśmy z jeszcze jedną parą zrzutkę na taksówkę. Dziewczyny dopiero co wróciły z Grecji i troszkę zaskoczone, że nocą chcemy zwiedzać Rzym zaproponowały nam odprowadzenie pod Koloseum. No to wysiadamy w samiutkim centrum miasta. I przeżywamy szok.

Pomazane budynki, poobijane auta, śmieci latające w powietrzu. Grupy mężczyzn osaczające nas przy każdym zbliżeniu, komentujące nas w obcym języku. Tak zaczęłam rozmyślać wtedy, czy to są ci słynni imigranci, których nikt nie chce przygarnąć pod swoje skrzydła. I wtedy nastąpiła pierwsza próba kradzieży. Tą torbę jedzenia, którą taszczyłyśmy to ja bym chętnie oddała, gdyby ktoś się nią w ogóle interesował. Ale tu chodziło o coś innego, o eura. Ja to jestem trochę taką panikarą, ale jak zobaczyłam, że mój odważniak traci resztki swojej cwaniackiej pewności siebie to… wpadłam w jeszcze większą panikę. Wtedy Pe odłączyła aparat z naszego selfie sticka, rozwinęła ponad metrowy, metalowy pręt i tak kroczyłyśmy naprzód. Inaczej się nie dało, a okazji do zwiedzania nie chciałyśmy przepuścić. Zwłaszcza, że po takim powitaniu nie chciałyśmy już nigdy tu wracać. Między Koloseum, Panteonem, Forum Romanum, niezliczonymi kościołami i obiektami architektonicznymi natrafiałyśmy na obrazy ludzkiej agresji, publicznego załatwiania potrzeb fizjologicznych bez żadnego skrępowania (chociaż toaleta była oddalona o jedyne kilka metrów) – i nie mam tutaj na myśli „tylko” popularnego „szczania pod murem”. Do tego wszechobecny alkohol, który jakimś cudem pojawiał się w rękach ludzi w potrzebie. Krzyki, zaczepki i bójki, jak to po alkoholu. Nie wiem jak wy, ale ja jadąc „w gościnę” nie zachowywałabym się w taki właśnie sposób. A będąc w UK staramy się pokazać od jak najlepszej strony.

I wiem, że wielu sypie danymi o rodzinach, zmarłych dzieciach na morzu, kobietach zruganych w drodze o życie. Ale na prawdę, nie widziałam ani jednej kobiety, ani jednego dziecka wśród morza leżących facetów w mieście. Zbieg okoliczności? I wiem, wierzę głęboko, że gdzieś tam są ci potrzebujący, wiem też, że my tutaj wygodnie przed komputerami, a tam gdzieś daleko ludzie umierają. Ale na prawdę już sama nie wiem co mam o tym myśleć. Bo przecież jako lesbijki, nie podróżujemy w żadne głębiny wschodu, gdzie nasze wakacje mogłyby się skończyć nieciekawie. Wędrujemy po Europie, tak żeby czuć się bezpiecznie i w miarę możliwości tolerowane. I chociaż czasami naszą orientacje musimy schować do kieszeni, tak tutaj nie miałyśmy żadnej drogi „skitrania” naszej płci. Szłyśmy jak towar do oceny, wystawione pod wybałuszone oczy i ostentacyjne gesty. Pomaganie jest wartością wspaniałą, ale nie powinno nic odbywać się za darmo i pod kogoś. Europa przechodziła już swoje, doszliśmy do pewnego punktu wolności i obyczajowości. Mamy równouprawnienie i feminizm. Dlaczego teraz na własnym podwórku mamy uczyć przybyszów wszystkiego od podstaw? Ja nie mówię, że każdy z tych facetów jest gwałcicielem, ale ja – „mniej więcej” będąca u siebie (bo jestem przecież Europejką) mam być wystawiana na takie zachowania? Dlaczego? Bo tak wypada? Ile czasu zajęła nam walka o tolerancje osób homoseksualnych (która jeszcze w różnych miejscach trwa) i to też mamy zaczynać od nowa? Dziewczyny, które nas odprowadzały nawet nie przytuliły się na pożegnanie. I dzięki bogu bo nie chcę nawet myśleć jakby to się skończyło.

Taka opozycja jest różnie odbierana bo „co ty wiesz gówniaro o wojnie”, „nikt nie ma prawa oceniać, które życie jest wartościowsze”, „Europa jest to im winna”, „media kłamią”. Ale ja to widziałam na własne oczy, przeżyłam na własnej skórze i dlatego przechodzę załamanie światopoglądowe. Bo i w Londynie spotkałyśmy kilku Somalijczyków, którzy twierdzili, że są bardziej u siebie niż my, że mamy postępować zgodnie z ich ideologią. A do czego doprowadzi taki zalew? Jeszcze tego nie wiemy.

Przeżyłyśmy wiele rzeczy, widziałyśmy sporo, mało co nas przeraża, ale tamten dzień był jednym z gorszych. To był horror i strach o siebie. Tak łatwo było być pro – zamiast anty, z pozycji ciepłego domu, z gazetą w ręku i wiadomościami w tle. Kiwać głową we współczuciu. Ale kiedy przypadkiem wchodzisz w ślepą uliczkę, na końcu której odkrywasz grupę ludzi, przed którymi musisz uciekać ile sił w nogach, to punkt widzenia się zmienia. Wiem, że nie można generalizować. Ale jeśli tylko jakaś część tych ludzi jest taka z jaką akurat my się zetknęłyśmy, i my damy im schronienie i azyl to co to zmieni? To wciąż ci sami ludzie, o tej samej mentalności, którzy pozostawiali swoje rodziny, matki, dzieci, żony, kraj w niebezpieczeństwie. Czy to jest dobry rodzaj człowieka? Czy oni mogą nas wtedy nazywać tymi złymi, którzy odmówili pomocy?

Mi to najbardziej było szkoda tych Włochów. Którzy za bardzo nie wiedzieli jak się w tym wszystkim odnaleźć. A policja tylko wygodnie patrolowała wszystko z okna radiowozu.

Opublikowano Przemyślenia, Życie codzienne | Otagowano , , , , , | 2 komentarzy

Jak zgasić instynkt macierzyński w jednym kroku

Nie było nas tutaj chwilkę, ale to dlatego bo sporo się dzieje. Po pierwsze przyjechał mój brat z żoną, z dzieckiem i z jeszcze jednym dzieckiem. I od tych dzieci nasz świat wywrócił się do góry nogami. Wizja była taka fajna, że ciotki pokażą miasto, karuzele, place zabaw, morze, lasy, jeziora. Że będzie wspólne rysowanie, czytanie, zabawy. A wieczorami szybko ułożymy je spać i spędzimy czas wspólnie z moim bratem. Plan powiódł się do połowy. Nie wiem czy wiecie, ale czasy się zmieniły. Informuję oficjalnie, że rower jest głupi, deskorolka wcale nie fajniejsza. Po drzewach wspinać to się mogę ale tylko z bratową – dzieciaki popatrzą, a tak w ogóle to po co wychodzić, jak komputer jest w domu.

I tak pewnego wieczora wracam do domu po pracy. Z jednego komputera leci bajka, z drugiego metal, w tle świszczy gra na telefonie, dzieciaki się leją, a gdzieś pomiędzy tym wszystkim dostrzegłam Pe z podkrążonymi oczami odliczającą do dziesięciu. To był dzień kiedy Pe opuścił instynkt macierzyński. Ze mną było podobnie. Jestem przeładowana hałasem i wciąż nie mogę wyjść z szoku, że ktoś się na takie coś pisze. Podziwiam. Tyle lat, bo na oko z osiemnaście bycia w pełnej gotowości, cierpliwości i aktywności. Jak nie problemy „siku, jeść, nie będę spać” poprzez „nudziii miii sięęę, nie chce mi się” na okresie buntu i głupich decyzjach kończąc. Dajcie nastolatkom takiego dzieciaka na tydzień pod opiekę, a znajdziecie najlepszy sposób na antykoncepcję.

I tak właśnie padło pytanie od nas „jak wy to wytrzymujecie?”. Odpowiedź była zaskakująca „Nie wytrzymujemy, ja jadę na proszkach” „a ja pracuję”. Przeszłyśmy do zapytania o plusy macierzyństwa „no wiesz, nie oddałabym ich za żadne skarby, ale są miłe chwile. Nieliczne ale są”.

Mogę tylko wnioskować, że jestem tą wredniejszą stroną związku. Podczas gdy dziecko numer 1 wisi Pe u szyi, drugie rozkłada się na kolanie, ja rozkminiam jak je tu wysłać do snu. I wszystko dyplomatycznie. Przekupstwo, umowa nie do zerwania i stanowczość. W dziesięć minut dzieciaki wyprane i ułożone w łóżkach. Rodzice w głębokim szoku.

Po tym wszystkim naszło nas na rozmowy o przyszłości. Bo jak nie można „wpaść” i wtedy układasz życie automatycznie to musisz planować. Tak się bałyśmy, że my się z życiem nie ogarniemy do mojej trzydziestki – magicznie ustanowionej granicy rodzenia, że obgryzałyśmy paznokcie nocami. A tutaj problem sam się rozwiązał. I to w kilka dni. Ale nie, nie, że nie chcemy mieć dzieci wcale. Nie jesteśmy aż takimi wyrodnymi egoistkami jak zdążyłyśmy już w żartach się obrzucić. Jeszcze wiele podróży, doświadczeń i przygód przed nami, zanim zdecydujemy się dopełnić tego kobiecego obowiązku ;).

Ale adopcja takich podrośniętych dzieciaków jest jakąś opcją dla nas. Po pierwsze i mają mniejszą szansę na dom, po drugie wtedy to dopiero można całą bandą ruszyć w świat. I nigdy nie zrozumiem zakazu adopcji dla par jednopłciowych w niektórych krajach. Że brak wzorców damsko-męskich? To lepiej nie mieć żadnych lub mieć patologiczne? Idąc tym tokiem myślenia powinniśmy odebrać dzieci samotnym matkom. To, że jestem kobietą nie powstrzymało mnie od nauczenia bratanka jak się poprawnie kopie piłkę, bo „koledzy się śmieją na boisku” czy zorganizowania survivalu w lesie. Dobry boże, a gdzie był wtedy jego ojciec?! Ano i średnio gra w piłkę i średnio odnajduje się w lesie. Za to nauczył go innych „niemęskich” rzeczy. Dlatego bawią mnie te hasła o wzorcach i rolach społecznych. Ale! Dzięki tym wzorcom mamy jakieś SZESNAŚCIE TYSIĘCY dzieciaków w domach dziecka w Polsce. Dane wzięłam pierwsze z brzegu, na rok 2013 – ale jakiegoś szału na adopcje nie było więc przyjmuje, że są mniej więcej aktualne. A zresztą czy byłoby to dziesięć tysięcy czy tylko tysiąc – i tak tych dzieciaków jest za dużo! I że jest ich tyle dzięki wzorcom, mam na myśli że mogłoby ich być mniej. Gdybyśmy tak się nie uczepiali tej normalności. A warto by było dla tego jednego uśmiechu (który nie jest liczbą) stworzyć jeden dom, ciepły z jakąś mamą-mamą, tatą-tatą, z własnym kątem, z własnym czymkolwiek, ale własnym, z jakąś babcią, może z chomikiem, może z psem. Być u siebie, mieć kogoś od problemów, od powiedzenia „wymyśl coś bo się nudzę” czy „nie lubię marfefki”. Kiedy ktoś mówi o zakazie adopcji dla homoseksualistów, ja słyszę o zakazie normalnego życia dla dzieciaków w domach dziecka. Taka prawda, co zrobisz.

Opublikowano Przemyślenia, Życie codzienne | Otagowano , , , , , | 37 komentarzy

Pride 2015

Na śniadanko dzisiaj była tofucznica z zieloną cebulką, a zaraz po tym wegańskie muffinki i kawka z mlekiem sojowym. Tak od rana świętowałyśmy Dumę 2015 w Nottingham. Wszystkie kalorie wymaszerowałyśmy przez pół miasta, przyodziane w tęczowe koszulki i flagi. Nawet Luna nabrała kolorów. Przyozdobiłyśmy ją kwiatami i tęczową bandamką. Paparazzi nie dawali jej spokoju. Musiała pozować do zdjęć co kilka kroków, ale Pe już ją przygotowała na takie sytuacje.

I co mogę powiedzieć? Na pewno w oczy rzucał się brak jakichkolwiek kontr-manifestacji. Ludzie nie biorący udziału w paradzie uśmiechali się, machali nam i życzyli wszystkiego co najlepsze. Policjanci pozowali do zdjęć i śpiewali razem z nami. Było wiele osób heteroseksualnych, którzy przyszli okazać nam wsparcie czy po prostu dobrze się bawić. Było mnóstwo dzieci, którym nikt nie zakrywał oczu, nikt też nie próbował ich przed nikim ostrzegać. Obsługa restauracji czy sklepów przy trasie wesoło częstowała wszystkich przysmakami czy napojami. Byli też przedstawiciele urzędów, różnych zawodów i związków zawodowych – coś jak w filmie „Pride”. Wszyscy maszerowaliśmy do muzyki Queen w otoczeniu drag queens i drag kingów. Przedział wieku od niemowlaków po starsze osoby. Było wiele par jednopłciowych z dziećmi i tak miło na to wszystko się patrzyło. Na końcu marszu była scena, wesołe miasteczko i stragany. Pierdołki, jedzenie ale też część informacyjna. Przeróżne możliwości zapisania się do grup  LGBT: sportowych, kulinarnych, medytacyjnych, religijnych aż po te zachęcające do adopcji dzieciaków z domu dziecka. Wszyscy okazali nam wsparcie, całe miasto ozdobione było balonami i tęczowymi wstęgami. Cudownie.

Byłyśmy radosne i szczęśliwe, ale gdzieś tam w środku tliło się małe uczucie żalu. Taka parada tutaj to po prostu wydarzenie coroczne, wesołe, pozytywne. Kiedy w Polsce to nadal coś negatywnego, chorego, zboczonego. Mam nadzieję, że kiedyś dojdziemy i w Polsce do takiego momentu. Kiedy ludzie przyjdą po prostu miło spędzić czas, zjeść, pośmiać się, pogadać. Myślę sobie, że i tutaj kiedyś nie było tak kolorowo. Ale wszystko się zmienia, ludzie się edukują i nieznane staje się poznane. A przez to nie takie straszne.

Jakie powody do narzekania mają osoby LGBT w Anglii? Ano takie, że na przykład w klubach homo takich osób przebywa coraz mniej. Dlaczego? Bo praktycznie w każdym klubie możemy czuć się jak u siebie. Bez krzywych spojrzeń czy komentarzy. Przychodzi czas, że nie musimy robić takich rozgraniczeń homo – hetero. Za to ludzie heteroseksualni coraz częściej wybierają właśnie kluby homo na weekendowe imprezy. Dlaczego? Moje znajome stanowczo stwierdziły, że wtedy nie muszą się obawiać nachalnych facetów, a z gejami porządnie się wytańczą. Za to hetero-faceci uważają, że nie muszą bać się, że ktoś nabuzowany obije im twarz. Oni czują się wśród nas bezpieczniej. Dzięki temu wszyscy bawimy się wspólnie. Moja przyjaciółka stwierdziła – nie szukam miłości, związku, przygody – chcę po prostu tańczyć i bawić się z ludźmi, którzy przyszli w tym samym celu. Więc mamy i równość i większą trudność przy podejmowaniu prób podrywu. Ale właściciele takich miejsc zgodnie stwierdzają, że „tak jak wy nigdy nie chcieliście selekcji czy wypraszania ze względu na orientacje, tak i my nie będziemy tego stosować w drugą stronę”. Ale mnie to już nie dotyczy, ja mam swoją połówkę, z którą jest mi dobrze i żadnych zmian nie przewiduję.

Jest na prawdę dobrze.

Opublikowano Branża, Życie codzienne | Otagowano , , , , , , | 6 komentarzy

O tym jak znalazłam bombę i uratowałam Annie

Ostatnio wywiązują się niezłe konflikty między nami. Nie to żeby ciężkie przedmioty szły w ruch (ostre też nie), ale muszę przyznać, że kłótnie świetnie rozwiązują nasze problemy. No bo potrzebny samochód większy i lepszy, ale kto ma to załatwiać? Narzekać jest komu, ale robić nie ma. Tradycyjne zwalanie winy – „a bo ty lepiej się znasz na samochodach”, „a ty nigdy nic pierwsza nie załatwiasz”, „a ty nigdy nic sama nie zdecydujesz ani nie zarządzisz!” „bo przecież ty nie dajesz mi rządzić”. Pe się podkurzyła, trzasnęła drzwiami i wyszła (z aparatem na szyi). No to miałam niezły orzech do zgryzienia, gdzie ta małpa polazła. Po czasie wraca przyciszona. Nadal się nie odzywam. Zaczyna klikać w komputerze. Dalej nic. Myślę sobie, pisze z jakąś kobietą lekkich obyczajów, nadaje na mnie albo i gorzej, nie wspomina o mnie ani słowem. No już po minucie nie wytrzymuje, oczy przekręcają się maksymalnie w prawo, odbicie ekranu w jej okularach nic mi nie mówi… więc chrząkam. Znacząco, głośno, dosadnie. Pe nie reaguje. Czuję jak nadchodzi wewnętrzne tsunami, morza wzbierają, wulkan buzuje, nerwica atakuje. Wtedy Pe jak gdyby nigdy nic rzuca „ej eM jaki silnik?”. Wróciłam do siebie. Spokojnie i nonszalancko rzuciłam od niechcenia „co?”. A ta jakby mówiła o wczorajszej pogodzie: „jaki mamy silnik w aucie?”. Okazało się, że Pe za jednym zamachem zrobiła zdjęcia naszego auta i za jednym zamachem wrzuciła ogłoszenie, że sprzedajemy. No to się nazywa dobra robota. Telepatycznie zaczęłyśmy przyciągać potencjalnych kupców. Nie minęła minuta kiedy telefon zadzwonił. To musiały być na prawdę niezłe fotki.

Na drugi dzień przyjechali oglądać nasze auto, aż z Doncaster. Uaktywniłam swoje ukryte zdolności prezentacji produktu, zdobyte dziesięć lat temu na promocjach proszku „E” czy jakiś serków wiejskich. Auto poszło od ręki. Szok, niedowierzanie i… brak mobilności. Pe wpadła jednocześnie w furię szczęścia i złości: „eM do cholery, mam pojutrze rano sesję, jak mam zawieźć trzydzieści kilo sprzętu cztery dzielnice dalej?!”. Może partiami?

A tak serio to przypomniało mi się, że jeden facet chciał sprzedać auto, które oglądałyśmy tydzień wcześniej, miał tylko naprawić jedną drobną „ustereczkę”. Zajeżdżamy do niego, oczywiście okazało się, że to Polak. Wyznałyśmy desperacko: „Panie my weźmiemy to auto od ręki, na już potrzebujemy”, na to on: „wiecie co dziewczyny? Takie fajne jesteście, ja wam nie sprzedam tego auta.”, aż zgłupiałyśmy, „wracam właśnie od tego mechanika, ta drobna usterka nie jest jednak taka drobna, cała elektronika niedługo padnie – ja komuś wcisnę to auto, a wy szukajcie dalej”. I znowu mieszanka emocji. Szczęście i nieszczęście. No i fajnie też, fajny uczciwy człowiek (w stosunku do nas…)

Kolejnego dnia, a była to niedziela, spięłyśmy pośladki i ruszyłyśmy (na nogach oczywiście) od adresu do adresu. Załamane coraz bardziej zadzwoniłyśmy pod kolejny numer, gdzie pewien Hindus, zapewniał mnie, że aut ma pod dostatkiem, do wyboru do koloru. No to zajechałyśmy w miejsce gdzie stały jakieś cztery stare gruchoty, zaparkowane na domowym parkingu . Serio? Ja się na to nie nabiorę chociaż techniki marketingu Mr. Patel miał niesamowite. Jak tylko usłyszał „nie dziękuję”, trzasnął drzwiami bez do widzenia. Zaczynało się ściemniać, a nam pozostał ostatni adres do odwiedzenia. I było warto się nałazić. Znalazłyśmy to czego szukałyśmy. Jedynym problemem okazała się manualna skrzynia biegów. Jak to szło? Sprzęgło jakieś, a kiedy się wbija kolejny bieg i dlaczego znowu zgasło na światłach?! Podjechałyśmy na pustkowie poćwiczyć. Dojechałyśmy do końca ogrodzenia i… nie mogłyśmy wbić wstecznego, a mur coraz bliżej… wbijanie wstecznego… cholera nie, to znowu jedynka. Mur jeszcze bliżej.

No ale wszystko się dobrze skończyło. Już sobie nawet radzimy. A miejsca mamy tyle, że można spokojnie śpiwory rozstawić z tyłu, w razie dalszej wycieczki. Czyli co? Może niedługo kierunek Polska, choć nie wiem czy nie skręcimy do Hiszpanii. 

Póki co kolejny raz wybrałyśmy się nad morze. Powiedziałam Pe, że nie wyrobię jeśli nie odpocznę od tej pracy. Byłam wykończona mentalnie. Śniłam o klockach hamulcowych, a moje granicę zostały przekroczone kiedy na ćwiczeniach antyterrorystycznych wrzucili mnie do autobusu wypełnionego sztucznym dymem i kazali mi wyciągać manekina zaklinowanego pod siedzeniem, którego następnie musiałam reanimować. Ale nie tak jak w klasie, na spokojnie. Dwa oddechy, sześćdziesiąt uciśnięć. W terrorze! „She is dying! Faster! Harder driver!!!!!! You can’t stop! Annie is dying!” Potem jeszcze podrzucono mi sztuczną bombę, która tykała jak prawdziwa – tak żeby sprawdzić moje reakcję (prawie dostałam zawału kiedy o poranku wsiadam do swojego autobusu, normalny rutynowy dzień i „to” leży na tyłach w podrzuconym plecaczku dziecięcym ze spidermanem). A na deser, przy odgrywaniu scenek musiałam jeździć na wózku inwalidzkim, tak żeby jeden z moich kolegów mógł mnie bezpiecznie ewakuować. Nawet nie chcę pamiętać tego upadku. Ludzie z mojej grupy jako „bezpieczne słowo” podali moje imię. Czyli kiedy już dzieje się za dużo, wystarczy krzyknąć „eM” i zatrzymujemy zabawę. I wiecie? Dziwnie jest krzyczeć swoje własne imię. A ja mam nadzieję, że nigdy w życiu coś takiego nie spotka mnie w realnym świecie (zwłaszcza wyskakiwanie przez wyjście ewakuacyjne w piętrowym autobusie). Bo kurczę, nie aplikowałam przecież do szkoły strażackiej. Aczkolwiek każde nowe doświadczenie jest… nowym doświadczeniem.

A nad morzem było cudownie. Zajechałyśmy wieczorem, prosto na zachód słońca i jak tylko łapy naszego psa dosięgły piasku zauważyłyśmy napis „Psom zakaz wstępu. Kara 1000 funtów”. W hotelu tak bardzo chciała nas bronić przed intruzami (innymi bywalcami hotelu), że piszczała co pięć minut. Czyli dokładnie co tyle, co ile wpadałyśmy w pierwszą fazę snu. Dzięki temu doświadczeniu miałam przyjemność być uświadomioną, że z godziną snu dalej mogę funkcjonować! A i dzika plaża się znalazła dla psa. Po takiej dawce ruchu zapadła w śpiączkę, dzięki temu i my mogłyśmy się wyspać. Gdyby tylko nie te poparzenia słoneczne, które bolą i swędzą jednocześnie…

 

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , | 8 komentarzy

Sesja zdjęciowa w prosektorium

Ostatnio troszkę się mijamy. Pe w pracy, ja w domu i na odwrót. Ale dajemy radę. Założyłam glany i spodnie w moro, zgarnęłam psa i ruszyłyśmy do lasu. Żaden deszcz nam nie straszny! Heh, deszcz – to była masywna ulewa. Bootcamp time. Czułam się jak Rocky Balboa kiedy w pocie czoła pokonywałam kolejne metry. Muszę wyznać, że przynależę do sekty Chodakowskiej. Wyprała mi mózg, ale tak na plus. Już nie zasapuje się na śmierć. Pojogowałam jeszcze przy drzewku i nagle spostrzegłam, że Luna mi nawiała. Pożałowałam, że nie nauczyłam się od Pe tajnej sztuki gwizdania palcami. No ale nic, ruszyłam obłocona przed siebie. Niestety nie dość, że zgubiłam psa, to jeszcze samą siebie. Telefon – 5% baterii, przemoczone buty i wycieńczenie organizmu po treningu. Kręciłam się w kółko od półtorej godziny. Usiadłam podłamana na pniu i spojrzałam w lewo. Drewniany szałas. Serio? Czy to jakaś sugestia? W końcu dzwoni Pe z pytaniem czy obiad gotowy. No tak jakby, przecież zakupy już się robią – w końcu wyszłam z domu i jestem w drodze do sklepu. A, że utknęłam w lesie to już nie moja wina. Dobra. Teraz już na poważnie musiałam się skupić. Wyczytać z mchu na kamieniu drogę powrotną. W głębi duszy zaczęłam obliczać ile przeżyję na świeżych liściach i deszczówce. Miałam też psie chrupki. Jak tylko o tym pomyślałam, stwierdziłam, że trzeba zachować spokój i nie panikować. Strzeliłam też focha na psa – no bo jak śmiała mnie tak zostawić?! Zaczęłam podążać za łapkami odbitymi w błocie. W końcu się ukazała, zasapana, uśmiechnięta od ucha do ucha jakby nigdy nic – wróciłam człowieku, głaszcz mnie i daj chrupka! No jak chce chrupka to niech chociaż odnajdzie drogę powrotną, zaczęłam machać jej kluczykami przed mordką. Chyba nie załapała.

Telefon znowu zadzwonił. Pe się niecierpliwi. Musiałam się przyznać, że na obiad będzie kolacja. Przy okazji tak się wczułam w opis mojego dramatycznego położenia, że baterii pozostało 1%. Na szczęście po kolejnej godzinie wszystko dobrze się skończyło. Jednak poczułam ten zew i zachciało mi się survivalu. Pe wyskoczyła od razu z takim pomysłem, że po co same w lesie – dodajmy temu troszkę dreszczyku. Survival z zombiakami. Czyli wrzucają nas gdzieś w środku ciemnego lasu z niczym. Aktorzy (makabrycznie ucharakteryzowani) latają i wrzeszczą na wszystkie strony, hmm świetnie.

A skoro mowa o zombiakach. Pe dostała zlecenie na zdjęcia w szpitalu. Do tego momentu aż jej pozazdrościłam. Konferencja lekarska, ciekawe sprawy, medycyna od kuchni. Jednak druga część nie była tak przyjemna (acz zależy jak dla kogo). Zjechali prosto po lunchu do prosektorium. Najpierw pomylili pokoje, a tam rzędy lodówek. W kolejnym wcale nie lepiej. Pięć stołów, ciała okryte płótnem. No i przystąpili do czynności rozkrajania, zaglądania pod skórę, szycia i memłania. Młotki i piły poszły w ruch. Pe fotografowała pod każdym kątem, z bliska. W pewnym momencie do Pe podeszła pielęgniarka (nie, nie zemdlała). Zapytała który raz już to robi. Pe ogłosiła, że pierwszy. Zaskoczenie pielęgniarki było ogromne. I aż sama nie wiem czy mam się bać własnej partnerki czy nawet czuć się bezpieczniej, że w razie sytuacji ekstremalnej, ta zachowa zimną krew. Noc przed sekcją naoglądała się najmakabryczniejszych filmów po tej ciemniejszej stronie Internetu, do tego stopnia, że stwierdziła, że już mało co ją rusza. Byłam przekonana, że dostanie depresji, załamania nerwowego, że będzie miała koszmary, a nawet zadzwonią do mnie po odbiór sparaliżowanej Pe. Jednak nic z tych rzeczy. Wróciła do domu, tak jak nakazałam wrzuciła wszystko do prania, wskoczyła pod wrzący prysznic i nie zbliżała się do mnie przez kilka kolejnych dni (mam fobię zarazkowo-zapachową). A no i zjadła obiad, jak gdyby nigdy nic.

Serio, dosyć mam wrażeń jak na ostatni tydzień. Na szczęście zbliżają się urodziny naszej znajomej, więc niebawem troszkę się zrelaksujemy.

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano , , , , | 6 komentarzy

Spacerując po dnie morza

Zakończyłam właśnie trzeci tydzień szkolenia. Zdałam całą teorię, nikogo nie zabiłam ani nie spowodowałam też żadnego wypadku. W środę czeka mnie egzamin praktyczny i będę uśmiechniętą kierownicą autobusu. Pomysł powstał jakiś rok temu, kiedy długo zastanawiałam się nad swoją przyszłością. Pomyślałam – co lubię? Ano lubię jeździć. Czego nie lubię? Siedzenia w miejscu. No i stało się. Po tym jak każdy przecierał oczy z niedowierzania – a było to w czasie gdy dopiero przystosowywałam się do ruchu lewostronnego, machał ręką i parskał śmiechem – bo „jak ty babo zaparkować auta nie potrafisz, a co dopiero autobus” – osiągnęłam swój cel.

Pierwszego dnia pojechałam z instruktorem na lotnisko, rozstawił skrupulatnie wszystkie słupki, po czym ja je staranowałam. Wtedy pomyślałam, że nigdy tego nie ogarnę. Przed treningiem zostaliśmy poinformowani, że absolutnie każdy przeżyje swój najgorszy dzień, kiedy będzie chciał zrezygnować. Mój najgorszy dzień przeżyłam już pierwszego dnia. Przy okazji pierwszej jazdy w mieście najechałam na wszystkie możliwe krawężniki i panikowałam na każdym rondzie. Dziś jest już lepiej, mój instruktor zaczyna powoli otwierać oczy na autostradach. Do tego doszła masa nauki – no bo jak tutaj, na egzaminie opowiadać przez całe trzydzieści minut o TECHNICZNYCH SPRAWACH pojazdu i to w obcym języku i stresie. Jednak wyszło mi to na dobre, bo teraz już żaden mechanik na nic mnie nie naciągnie. A wsiadając do naszego autka, czuję się jak w malutkim go-karcie, teraz to dopiero z pewnością siebie wywijam na zakrętach.

Po tym wszystkim musiałam się zrelaksować, więc wybrałyśmy się z Pe i Luanitą nad morze. A tam – morza brak. Odpływ był tak masywny, że szłyśmy wiele kroków wgłąb mijając boje, łódki, depcząc po miksie przeróżnych muszli i roślin, a do morza nadal nie dotarłyśmy. Czułyśmy się jak na pustyni, a psiak pierwszy raz nałykał się słonej wody – czego nie potrafiła pojąć. Dosłownie oszczekiwała każdą napotkaną kałużę.

W międzyczasie Pe poszerzyła swoje zdolności o modelingową fotografię męską. Myślałam, że wybuchnę śmiechem na widok Pe imitującej męskie pozy. Isaac studiuje aktorstwo i mam nadzieję, że zagra kiedyś poważną rolę, a my wtedy wyskoczymy z tymi zdjęciami i sprzedamy je za grube miliony do popularnego czasopisma. Czego mu z całego serca życzymy. I sobie też.

Wczorajszego wieczoru doparł mnie masywny PMS i przeleciałam przez „Muskając aksamit”, „I can’t think straight” i „Gry weselne” z kartonem czekolady pod pachą, z załzawionymi oczami. Za każdym razem zaskakuje mnie ten cały mechanizm hormonalny, który uruchamia się jak rakieta lecąca w kosmos. Już po kilku minutach Pe staje się największą dżagą w mieście i jaśniejąca poświata rozpościera się wokół jej postaci. Niestety nie zgrałyśmy się w tym miesiącu i poszłam w odstawkę, stając się namolnym i niedopieszczonym babonem. Uciekam więc na kolejny seans, w oczekiwaniu na powrót Pe z pracy. Pozdrawiam i niech to lato w końcu się ukaże!

 

Opublikowano Życie codzienne | Otagowano , , , | 9 komentarzy

Kupię czas hurtowo!

Ostatnio w naszym życiu wiele się dzieje. Zmiany osobiste, domowe, zawodowe, rodzinne aż po te światopoglądowe. Jeszcze trochę i będę bała się wstać z łóżka bo zaraz się okaże, że Pe wstrzyma Ziemię i ruszy słońcem. Dlatego też ostatnio znajduję mniej czasu na bloga. Wkurza mnie to niesamowicie bo po pierwsze: dzień jest za krótki, a po drugie: noce też. Dzieje się tyle, że nawet nie wiem o czym ma być ta notka. Tyle, że przeliczam czas pisania na to co mogłabym jeszcze zrobić. I nie śpię. Całość owocuje u mnie ogromnym gadulstwem. Widzę twarz Pe jak wręcz krzyczy: „boże z kim ja się związałam, czym jest to co leży po drugiej stronie łózka i dlaczego nie chce się zamknąć”. Oczywiście jej wyraz twarzy nie przeszkadza mi w dalszym bablaniu. A wręcz jest to podjudzające.

Ale w skrócie opowiem Wam, że nasz wegetarianizm ewoluuje w weganizm. I z tej okazji najchętniej założyłabym kolejnego bloga kulinarnego dodając góra dwie i pół notki, kopiując to co i tak już przecież zostało ugotowane. A także przestałam pytać w sklepie wegańskim o reklamówki na zbyt duże zakupy.

Kolejna rzecz to zmiana pracy. Czyli odnalazłam zawód jeszcze bardziej obciążający psychicznie niż gotowanie w skwarze pomiędzy krzyczącymi facetami! Brawa dla mnie. Na spotkanie miałam w ogóle nie iść bo z góry założyłam, że i tak się nie uda. Na szczęście Pe wypchała mnie za dwie ósma na spacer w okolice ośrodka rekrutacyjnego i wstąpiłam z nudów na egzaminy. Jakież było moje zdziwienie kiedy spośród wielkiej grupy ludzi, do kolejnych etapów przeszły zaledwie dwie osoby, a w tym ja. Najbardziej zapamiętałam test złożony z 250 pytań dotyczących mnie samej – gdzieś w połowie już zapomniałam kim jestem, a jednak w niczym mi to nie przeszkodziło! Ba! Na koniec usłyszałam, że jestem zgodna w 94% z ich wymogami. Tak więc dzisiaj muszę odbyć ostatni dzień w mojej aktualnej pracy, a potem pozostały mi jeszcze dwa egzaminy w nowej, po której będę albo bezrobotna, albo bardzo szczęśliwa. Zaczynam we wtorek.

Muszę też przyznać, że ostatnie dni w starej pracy to najlepsze dni jakie dane mi było przepracować! Och jak ja się zżyłam nagle ze wszystkimi i jakie to kontakty udało mi się nie odnowić. Jaka dusza towarzystwa się we mnie obudziła i jak to nie zaprosiłam trzydziestu ludzi na imprezę pożegnalną… Pełna pompa i trochę jak z weselem. Weź kogoś pomiń, a zginiesz albo klątwa nad tobą zaciąży.

To w pracy, a po, w domu miałyśmy małe pogotowie opiekuńcze dla szynszyli i gołębia. No tak, znalazłam gołębia ze złamanym skrzydłem. Przytargałam go w pudełku do domu i postawiłam wesoło na stole krzycząc do Pe „niespodzianka”. A co do szynszyli to nie obrażając nikogo – na cholerę to udamawiać?! Skrobie to i drapie i lata w kółko, a jak skacze – takie szczurokróliki to powinny na wolności latać. Potem była jeszcze akcja ratunkowa dziewięciu małych, żółciutkich kaczuszek. Znalazłam też martwą świnkę na drodze i niech mi nikt nie próbuje zaprzeczać, że świat nie daje mi jasnych sygnałów – żryj trawę albo inni zginą!

No nic, trzeba przeżyć ten ostatni dzień i przygotować się na kolejne. Uciekam i dziękuję, że jesteście nawet jak mnie tu nie ma. Pozdrawiamy i przesyłamy pozytywną energię!

Opublikowano Życie codzienne | Otagowano , , , , , , , , | 7 komentarzy

Nowy członek rodziny

Pewnego dnia Pe obudziła mnie stanowczym: „eM to już czas”. I tak patrzyłam na nią aż pociągnie temat, a ona zrobiła tą swoją puszystą buzie i odparła: „no na pieska czas”. I jak zwykle myślałam, że mnie wkręca, że emocjonalne żarty sobie robi. Rozmyślałam jeszcze chwile czy aby nie jesteśmy świeżo po jakiejś kłótni i nie stara się mi podchlibić. Ale nie, wszystko wskazywało na to, że Pe mówi prawdę, i to miłą dla ucha. I tak jak wspominałam w poprzedniej notce, pewnego dnia wybrałyśmy się do schroniska dla zwierzaków. I to nie jednego. Pierwsza rzecz jaka nas zaskoczyła to fakt, że zwierzaki trzymane są w bardzo dobrych warunkach. Całość wyglądała bardziej jak hotel dla zwierząt niż typowe schronisko, jakie miałyśmy okazję oglądać w naszym rodzinnym mieście. Do tego wszystkie zwierzaki ubezpieczone, mnóstwo zatrudnionych pracowników, zapewnione codzienne spacery. Tylko 1% psiaków to kundelki. Reszta rasowa – udana polityka sterylizacji. Niby wszystko świetnie, ale cena zwierzaka nas zdruzgotała. W tym momencie poczułyśmy się jak w sklepie dla zwierząt. No tak, utrzymanie w schronisku kosztuje, a jak ktoś chce psa to zapłaci. Ale ilu z tych ludzi nie wybierze psiaka z papierkiem? Skoro ceny wygórowane? No właśnie. No ale udało nam się być domkiem tymczasowym.

Nasza suczka nazywa się Luna (co drugi pies w schronisku nosi imię postaci z Harrego Pottera). Jest mieszanką haskiego z akitą – rasa HASAK. Czyli totalny mix wrednego charakterku. Przez pierwsze dni nawet nie uraczyła nas spojrzeniem, a potem okazało się, że wszystko w głowie ma poprzestawiane. Kiedy groźnie warczy – chce czułości, poluje na inne psy kiedy te chcą się z nią pobawić, strzela focha jak już wykona komendę i nie cieszy się na spacer. Dopiero po czasie nabrała wiatru w żagle i przekonała się do nas. Rano zwala jedną z nas z łóżka lizaniem po twarzy i ładuje się obok drugiej. Na zmianę, nasz grafik zna już na pamięć. Potem obiera wartę rozkładając się na parapecie i wypatruje naszego powrotu.

Psina po przejściach. Przez 2,5 roku nie biegała bez smyczy, kondycja padała jej szybciej niż nasza. Była trochę kotem, wylegiwała się godzinami na podłodze. Przy rzucie piłką spoglądała na nas jak na idiotki, nie znała zabawy. Była bita i wymęczana przez piątkę dzieciaków. Kiedy pierwszy raz spuściłyśmy ją ze smyczy zawyła jak wilk i wskoczyła do wody. Nie potrafiła z niej wyskoczyć – Pe musiała interweniować i wskoczyć za nią po kostki. Ja sikałam w tym czasie ze śmiechu. Dzisiaj śmiga po okolicznych lasach i powoli wraca z piłką w paszczy, sunie na zaprzęgu jak szalona. Wyrywa nas na codzienne spacery i odżyłyśmy przy niej, żałujemy że nie zdecydowałyśmy się wcześniej. A że dom tymczasowy? Chyba jednak dojdzie do adopcji.

Opublikowano Życie codzienne | Otagowano , , , , , , | 16 komentarzy