Usprawiedliwienie nieobecności cz. 2 + sposób na wzdęcia

Pe jest wyluzowana. Pe nigdy nie narzeka i nigdy nic jej nie przeszkadza. „Pe, mogę ostatnią frytkę?” „nospoko, smacznego”, „Pe, mogę iść na imprezę z samymi singielkami orientacji homoseksualnej?” „nospoko, baw się dobrze”, „Pe, mogę rzucić pracę i zostać pisarką?” „nospoko, powodzenia”. A więc moje oświadczenie, że oto ja, jej narzeczona, jadę sama w świat i będę samodzielną, samo decydującą o sobie istotą nie zrobiło na niej wielkiego wrażenia i rzuciła tylko krótkie: „Przywieź mi chipsy z biedry”. Taka serdeczna wolność i swoboda jest bardzo łatwa do pomylenia z obojętnością. Toż to szef Pe doznał większego szoku i urządził mi pogadankę na temat mojego wyjazdu. A mi serduszko ostatecznie rozpołowiło się na dwie części. Poczułam, że równie dobrze mogłoby mnie i nie być.

Jednak postanowiłam spędzić jak najlepszy czas i nie oglądać się za siebie. Plan był prosty. Leżeć w domku i pochłaniać mamowe obiadki modląc się, że nie ma tam przemyconych produktów odzwierzęcych przyjmując audiencje od rodziny i przyjaciół. Tak bardzo się myliłam.

Ląduje. Kraków, godziny wieczorne. Myślę sobie, cholera ile śniegu, moja Polska, świecące uliczki, jezu jakie piękne pola i łąki i i i i, a co tu takie czarne chmury?! Wysiadam z samolotu i oczy mnie pieką, nie mogę złapać oddechu, nos wysuszony. Podchodzę do kogoś z obsługi, że troszkę źle się czuję. Na to słyszę: „Czy panienka się z choinki urwała? Toż to TYLKO smog”. No okej, ale szczerze zaczęłam się martwić o E. Jak ona po raz, przez te śniegi, a po dwa przecież to takie chucherko, jak te płucka jej oddychają w te warunki?! Ale dobra dobra, jest dziewczyna cała i na czas. I chyba tylko to powietrze powstrzymało nas od wywijania orzełków na śniegu i lepienia bałwana. Od trzech lat nie widziałam takiego śniegu. Nie słyszałam takiego dźwięku pod butami. Musiałam znowu uczyć się chodzić w tych śliskich butach i dziwi mnie fakt, że nic sobie nie zrobiłam podczas tego pobytu.

Mimo, że komitet powitalny od wielu godzin oczekuje nas w domu to niestety nie mogłyśmy się nabablać w drodze powrotnej. I wylądowałyśmy w Katowicach. No bo, no bo ja chciałam zobaczyć wszystko. Homo miejscówki, wege miejscówki i ogólnie fajne miejscówki. Niestety kiedy wybija godzina pierwsza w nocy to miasto zamiera (no dobra dobra, środek tygodnia usprawiedliwia takie rzeczy). Do knajpy wpakowałyśmy się chamsko na samo zamknięcie. Przez 25 minut, w progu, konsultowałyśmy z załogą nasze położenie i wymusiłyśmy upewnianie naszych sumień, że nawet trochę jesteśmy tam mile widziane.

Po powrocie do domu postanowiłam, że rozpakuje się z miejsca. A tak żeby mieć od razu wolność stuprocentową. Zwłaszcza, że jak człowiek wpadnie w ciąg bezsenności, dostanie takiej pozytywnej adrenaliny to nagle dostaje jakiejś wyższej siły. I tak w połowie wpada moja mama: „A co ty dziecko robisz?!” „No… rozpakowywowywuje się, bo to podobno wciąż mój dom, tak? Nie? Tak?”, „Pakuj się z powrotem” „Bo…?” „Bo jutro lecimy do Hiszpanii”.

Planowałam taki wyjazd od wielu lat. Ale zawsze coś. Choroba, praca, dom, mleko na gazie, pierdoły, różne wymówki. Dlatego w takiej sytuacji najlepiej sprawdza się wyjście oparte na spontaniczności i wyłączeniu logicznego myślenia. Bo tak sobie myślę, że zwykle myślimy, że coś jest nierealne. A przecież inni tak robią. Więc wystarczy uwierzyć, zaplanować i działać. Podczas swoich wszystkich epickich porażek nauczyłam się jednego: czy stracisz prace, czy urwie ci nogę, czy pęknie ci opona rowerowa 20 km od domu i tak trzeba się z tym zmierzyć. Przecież nie usiądę, nie zacznę płakać i moje życie się nie skończy na tej oponie. Ok, może tak i być, ale w końcu wstanę i coś wykombinuje. Choćby na jednym kole pojadę. No dobra, bo teraz to zabrzmiało jakby ten wyjazd równał się z nastawianiu dysku. Chciałam podsumować, że jak macie dobry kontakt z rodzicami, to ruszcie tyłki i poza odbębnieniem rozmowy telefonicznej zróbcie coś razem. Ja wiem, że kredyty, dzieci, miłość, czytanie blogów czy zakładanie nowej rodziny jest czasochłonne, ale raz na rok można (nawet raz na dziesięć jest dobrym wyjściem). Napatrzyłam się w pracy na starszych ludzi, takich którzy będą jeździć całe pętle za jeden uśmiech w lusterku. A więc produkujmy pozytywne wspomnienia! Hurtowo! Takie jak: piękne widoki, kąpiele w oceanie czy unikanie niemieckich emerytów na wieczornej biesiadzie. Na koniec dodam, że moja rodzicielka przywaliła sobie warkoczyki na głowie. CHCIAŁA DREADY, ale nie było. Teraz figuruje pod pseudonimem Marika. Jak pewnie się domyślacie, takie warkocze są niezwykle pracochłonne. Ja wymiękłam i poszłam spać. Przebudziłam się wiele godzin później i przeżyłam terror. Matki nadal nie ma. A miała być. Na wpółdrzemiąca, roztrzęsiona że matkę zgubiłam w obcym kraju, z dokumentami, portfelami, ruszyłam do salonu. A Marika jak u siebie. Polska muza z telefonu, wali driny z fryzjerką i chichrają się na całego – a dodam, że fryzjerka francuskojęzyczna pochodzenia afrykańskiego – Marika po francusku tylko „merci”. I boli tylko fakt, że po matce odziedziczyłam nie to co trzeba. Czyli nie otwartość i towarzyskość, a rozrost ud i bolesne miesiączki.

Fuerta dała mi kopa i przegoniła czarne myśli. W ostatni dzień miałyśmy szansę pogadać tak od serca. O przeszłości, o przyszłości. A wszystko po to aby na koniec rodzic zagrał kartą starości i zadał pytania ostateczne w stylu: „eM a ty mi podasz szklankę wody na starość?”, „eM, ty mnie pewnie oddasz do domu starców?” i na koniec: „eM, a jak umrę to przypomnisz sobie ten nasz wyjazd?”. Po co mamo, przecież twoja wyrodna córka, która nie interesuje się twoim losem i nie spędza z tobą czasu odwodni Cię z premedytacją i zamknie ze starcami w najgorszych warunkach z możliwych.

A więc sami widzicie, działo się wiele. Choć to zaledwie cząstka całej historii, nieopisująca momentów, kiedy rodzic wprawia cię w zakłopotanie publicznie. Kiedy na przykład przy kolacji, otoczona pięknymi kobietami (a mnożą się one pod wpływem konsternacji jaką przeżywasz, taki trik umysłowy) nagle orientujesz się, że niczym w reklamie telewizyjnej, Marika wysuwa z plażowej torby Espumisan, świat zwalnia, hałas wytworzony przez tłum ścisza się i pada pytanie wieczoru, armagedon siekający twoją reputacje fajnej wakacyjnej laski – „EM CHCESZ COŚ NA WZDĘCIA?!?!?! W-Z-D-Ę-C-I-A!!!!!!!!!!!!!!”.

Ale! Nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło. Espumisan pomógł jak się domyślam nie tylko mojej mamie. Bo i mi, i Pe. (Głos lektorki) Dzięki Espumisanowi zaczęłyśmy znowu razem się śmiać, do bólu przepony. A potem rozmawiać. I tak do rana… Nasz związek wyszedł z cienia, poczułyśmy się swobodnie… a potem, leniwie, ale w końcu, zaczęła się tęsknota. 

Ten wpis został opublikowany w kategorii Życie codzienne i oznaczony tagami , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

2 odpowiedzi na „Usprawiedliwienie nieobecności cz. 2 + sposób na wzdęcia

  1. ~Diabeł pisze:

    Espumisan, jak się okazuje, jest dobry na wszystkie dolegliwości. Te sercowe także. c: Dobrze „słyszeć”, że, mimo wszystko, zaczęło się polepszać między Wami. :)

  2. ~Kiwi pisze:

    Ze smogiem da się żyć – sprawdzone.
    Naprawdę zazdroszczę tak pozytywnie zwariowanej rodzicielki :D
    Pozdrawiam!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>