Urodzinowe kłamstwo na Cyprze

Po ostatnim wpisie i wyrzuceniu z siebie zastanych zlepków problemów wybuchła nam wojna domowa pod tytułem „nasza zarąbista do kwadratu przyjaźń przygniotła miłosno-romantyczne uniesienia”. Jak wiadomo rutyna sieje ogromne zniszczenia, ale co robić kiedy rutyną staje się przefajne spędzanie wspólnego czasu, kiedy zaczyna brakować właśnie tego bezcelowego i przenudnego kontemplowania drugiej osoby? I dzięki światu za to, że krótko po tych wydarzeniach survivalowych (dumne spanie na jednoosobowym łóżku polowym, utrudniony dostęp do ciepłych posiłków czy egzotyczne „fukanie” dzikiego zwierzęcia zasiedlonego w Pe, gotowego kąsać na każde źle wypowiedziane słowo) nadszedł czas naszych urlopów. Ja już nawet byłam gotowa jechać sam na sam ze sobą na leniwą wyprawę, bez towarzyszki gubiącej nawet własne poczucie obecności na świecie. Wiecie, jak w tych poradnikach dla heteryków, które zdarzało mi się przechwycić podczas korzystania z transportu publicznego. „Zrób sobie przerwę aby odnaleźć prawdziwą siebie”. Jednak Pe oświadczyła, że tym razem to ona udźwignie stronę organizacyjną i zorganizuje nam przeromantyczny wyjazd pod tytułem „pokochaj mnie na nowo”. I zasypała mnie trzema, jakże pociągającymi propozycjami. Numer jeden: wolontariat w schronisku dla czworonożnych bez dostępu do bieżącej wody daleko stąd. Czyli zakopmy głęboko własne problemy pomagając innym, przy jednoczesnym przymykaniu oka na niedogodności w zbliżaniu się do siebie, wynikające z braku możliwości utrzymywania higieny osobistej. No w sumie, to tak też można to ugryźć bo zawsze jest ktoś, kto ma gorzej. Więc cieszmy się z tego co mamy. Takie proste, ale jednak doprowadziło mnie do furii. Propozycja druga polegała na tym, że pojedziemy samochodem do Polski, gdzie po dwudziestu godzinach nieprzerywanej jazdy (wykonanej przeze mnie, bo Pe jest wiecznie zbyt śpiąca i „nie lubi”) dotrzemy na Śląsk i… padnięte oraz nieświeże rozdzielimy się w swoje rodzinne strony i zasypiemy się odwlekanymi spotkaniami wpisanymi w napięty grafik, a wtedy już na pewno nie będzie czasu na rozmyślanie o problemach. Ani bycie razem. Trzecia propozycja to było, uwaga, coś o tym, że zostaniemy w domu bez żadnych perspektyw i pozabijamy się. Też byłam w szoku.

Dobra, dobra. Przerywam to narzekanie bo właśnie otrzymałam niespodziewany prezent walentynkowy więc od tej pory jestem udobruchana. Przynajmniej do końca tego dnia, więc teraz nieobiektywnie, w świetlanych barwach opiszę nasz faktyczny urlop.

Dziesięć minut przed północą kliknęłam przycisk „kup” wakacje, na które lot rozpoczynał się na drugi dzień. No tak, znowu wzięłam sprawy w swoje ręce, ale to było z przymusu! Stwierdziłam, że jadę wypocząć, a Pe niech leci lub nie. I wtedy moja kobieta mnie zaskoczyła, aż mnie wgniotło w krzesło. Podeszła do mnie i chrypkim głosem, z głębią w oczach oświadczyła: „żadnych wycieczek, żadnego zwiedzania, żadnych jezusowych sandałów i odcisków od łażenia, zakazuje ci też pakowania tego wszystkiego czego nie wzięłabyś na pierwszą randkę. Lecimy na przed-tydzień poślubny bez ciepłej i wygodnej bielizny”.

I wszystko zaczęło się pięknie. Pe podjechała po mnie umytym i odkłaczonym samochodem, który osobiście prowadziła przez trzy godziny, aż na lotnisko, załączyła nie-swoje ulubione piosenki i zorganizowała wszystko co było do zorganizowania. Niestety gdzieś w połowie drogi zaskoczyły nas wydarzenia losowe i okazało się, że na lotnisko dotrzemy grubo spóźnione. Ale nawet nie dopuszczałam do siebie żadnej negatywnej myśli, że coś może się nie udać. W razie czego wykonałam telefon do obsługi klienta, gdzie przełączono mnie do obsługi lotniska. Okazało się, że lot jest opóźniony i jeśli się pospieszymy, to wszystko może się udać. Na lotnisku podchodzimy do obsługi (napakowana lesba ochroniarka i malutki chłopak o malutkich stopach), która oświadcza nam, że jest za późno. Że przecież samolotu nie da się zatrzymać, że nie był spóźniony, że niby im przykro i że nie ma szans – wszystko odbyło się w bardzo nieprzyjemnej atmosferze. Mnie zamurowało, a Pe utrzymała się w spokoju jeszcze podczas opuszczenia stoiska bagażu po czym rykła rzewnym strumieniem łez. Toż to nasz związek zależał od tego lotu, jeszcze pięć minut temu otwierałyśmy w głowie butelkę wina i szykowałyśmy skórę na potężną dawkę słońca. Jednak nie dałam za wygraną i zadzwoniłam ponownie pod podany mi wcześniej numer aby błagać. Po pięciu minutach, ta sama ekipa musiała wydrukować nam bilety, sprawdzić dowody i odebrać bagaże. Nie przeprosili, nie odezwali się słowem choć ich twarze pogrążyły się w odcieniach głębokiej czerwieni. W między czasie jeszcze kwestionowali nasze dowody osobiste i dawali nikłe szanse na dotarcie naszych toreb do samolotu (i tutaj bardziej wierzyłam w ich złą wolę niż faktyczne problemy z dostarczeniem ich). Tak czy siak podczas sprintu na samolot przysięgłyśmy sobie szczerze niespóźnianie się już nigdy na nic choćby nie wiemy co!

W poczekalni (na drugim końcu lotniska dla utrudnienia nam zadania) okazało się, że wszyscy podróżni nawet nie postawili stopy na pokładzie samolotu. I o co mi chodzi? O to, że jak ktoś może pracować z ludźmi, w obsłudze, w branży gdzie ludziom sprzedaje się szczęśliwe chwile i słońce, jak ten ktoś może być takim smutasem i wredorem? Żeby z premedytacją nie wpuścić dwóch dziewczyn „na złość”. A co gdybym nie była taka pyskata, gdybyśmy były parą starszych ludzi, którzy nie upomną się o swoje, a gdybyśmy nie znały języka? Cóż, nie byłoby nas na Cyprze.

Na pokładzie samolotu spędziłyśmy wiele godzin, nim wylądowałyśmy w Paphos, a potem w Limassol. Kiedy Pe zaczęła realizować plan zakupienia wina (a co! Jak się godzić to na całego) spostrzegłam jak przy płaceniu zaczęła poruszać się nerwowo. Po trzecim przełknięciu śliny i czwartym podrapaniu się po głowie zwróciła się do mnie w najgorszy możliwy sposób: „eM gdzie są piniondze?” „jakie pieniądze?” „no eura”. Moja kobieta zostawiła wszystkie wymienione pieniądze w bagażniku naszego samochodu. W torbie, którą sama tam wsadziła, o którą dopytywałam PIĘĆ razy przed opuszczeniem pojazdu.

Swoje reakcje i opinie na ten temat przemilczę z powodu wspomnianego wyżej prezentu walentynkowego.

Kiedy dotarłyśmy na miejsce od razu humory nam się poprawiły. Hotel był piękny i romantyczny, nad samym morzem, z prywatną plażą, w tle ktoś grał na białym fortepianie, a my nie mogłyśmy uwierzyć w to jak opis internetowy czasami może jednak się zgadzać ze stanem rzeczywistym. Nigdy nie byłyśmy w takim miejscu, zawsze sypiałyśmy gdziekolwiek, tak żeby zaoszczędzić na wycieczki i zainwestować w doświadczenia. Jednak szybko okazało się, że w hotelu nie ma naszej rezerwacji. Na szczęście wszystko rozwiązało się na naszą korzyść.

Kolejne dni mijały nam na opalaniu się, spacerach przy szumie fal, próbowaniu różnych kuchni, oglądaniu telewizji (której nie mamy w domu, a taki poziom zdzirstwa na MTV na prawdę może zszokować po dziesięciu latach abstynencji medialnej). Szybko odkryłyśmy jak wiele rzeczy można mieć za darmo lub z paroma tylko euro w kieszeni. W końcu wschody słońca są za darmo. Pe zorganizowała nam masaż dla par. I to było bardzo dziwne doświadczenie kiedy obca kobita masuje ci ciało. Najpierw wyobraziłam sobie, że to Pe, ale jednak stało się to wtedy jeszcze dziwniejsze. W któryś dzień Pe pobiegła w tajemnicy na dół. Kiedy wróciła oświadczyła mi „eM, jeśli ktoś z recepcji będzie składał ci życzenia urodzinowe to nie bądź zdziwiona”. Okazało się, że moja Pe próbowała zorganizować dla mnie kwiaty, ale nie chciała nas outować nie będąc pewna jaka jest sytuacja, więc wymyśliła, że mam urodziny. Niestety na suchych życzeniach się nie skończyło. Zaraz po tym dostarczono nam do pokoju wielkie talerze owoców osobiście przez managerkę hotelu. Potem jak tylko przeżyłam maraton uścisków i „happy birthday” do naszego stolika dostarczono bukiet róż. Potem było już tylko gorzej. Przy kolacji nagle patrzę jak cała obsługa idzie w moją stronę z tortem. Cała sala zaczyna śpiewać sto lat i wybucha szampan. Nigdy w życiu nie czułam się głupiej. I modliłyśmy się tylko o to, żeby nikt nie spojrzał w kopię mojego dowodu osobistego. Choć i na to znalazłyśmy sposób, bo wymyśliłyśmy, że w kłamstwo będziemy brnąć dalej i wykaraskamy się ściemą o używaniu innego kalendarza. Przecież nie jemy mięsa więc i tak jesteśmy wystarczająco inne.

Wyjazd zaliczamy do tych bardzo udanych i stwierdziłyśmy, że raz na czas trzeba się wyluzować i nie wyciskać z życia tego co najlepsze, za wszelką cenę. Że czasami trzeba się zatrzymać i spojrzeć na to co już się ma, na to co już się przeżyło. W końcu mamy jeszcze około osiemdziesięciu lat na doświadczanie całej reszty.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Życie codzienne i oznaczony tagami , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

6 odpowiedzi na „Urodzinowe kłamstwo na Cyprze

  1. ~Katherine pisze:

    Na zdjęciach wydawałyście się takie zadowolone, że te wszystkie przeżycia tu opisane, wydają się nierealne:)
    Pozdrowionka z pochmurej Łodzi:)

    • M i P pisze:

      Wiesz no, stresu się najadłyśmy ale płakać już na miejscu zamiaru nie miałyśmy hehe :) dziękujemy, również pozdrawiamy :)

  2. ~A. Caligo pisze:

    Was wpis można by było wciągnąć do pasjonującej książki lub opowiadania, ach te kobiece związki <3. Pamiętam, że kiedyś sama miałam problem z samolotem, a ten nawet nie był zapełniony. Smutne jest własnie to traktowanie człowieka tak niefajnie, jjakby mu się nic nie należało.

  3. ~Siwa pisze:

    To musiało być wspaniałe, kiedy przygotowali Ci imprezę „urodzinową”… Całkiem sprytnie. No i podziwiam upartości oraz zaradności, bo ja poddałabym się po tych trzech propozycjach spędzenia wolnego czasu…

  4. Witajcie! Jestem tu pierwszy raz ale zaintrygował mnie Wasz blog. Piszecie z taką dawką humoru, że aż wierzyć się nie chce, że to wszystko działo się na prawdę :) Przyznać muszę, że Pe ma naprawdę szalone pomysły. Jasne, że czasami warto przystanąć, spojrzeć na to, co się ma i powiedzieć „No, kurde! Nie ma źle!” Wtedy zaczyniamy doceniać to, co jest wokół nas teraz a nie tracimy wszystkich sił na szukanie czegoś, co może być realne, ale może też nie wpasować się w nasze życie. Cieszę się, że wyjazd się udał. Doświadczajcie świata z taką dawką humoru z jaką robicie to teraz! Pogody ducha i słońca życzę :)

    • M i P pisze:

      Dzięki bardzo za miłe słowa! Mega kochane! Mi też często i gęsto trudno jest uwierzyć w to, co nam się przytrafia, ale chyba same to sobie przyciągamy :). Przynajmniej nie jest nudno ;) Pozdrawiamy cieplutko!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>