Świąteczne spotkanie z nami, z przyszłości

No i już po wszystkim. Były romantyczne światełka, zielone drzewko, odkurzacz w prezencie, wypełnianie świątecznych kartek (które nie dotarły na czas…) i oczywiście dwanaście potraw. Z tą różnicą, że w tym roku były to potrawy wegańskie. Dlatego mogłyśmy się napchać bez wyrzutów sumienia, a potem czuć się lekko i zwiewnie. Nasza kalafioryba po grecku zrobiła furorę. Całe święta przygotowałyśmy na ostatnią chwilę, w biegu po pracy, w jakieś cztery godziny, w rytmie świątecznych remixów. Była chwila zwątpienia. Były hasła „a może rzućmy to wszystko i jedźmy w podróż”, ale jednak -  prawie tradycyjne święta zwyciężyły. Pe objeździła całe miasto w poszukiwaniu karpia, któremu miałyśmy zwrócić wolność, niestety w polskich sklepach selekcja produktów jak za komuny. Ale samo gotowanie było bardzo przyjemne. Muszę ogłosić, że Pe radzi sobie coraz lepiej w roli „pani domu”. Stworzyła ciasto jadalne, które byłoby jadalne z pewnością (pomimo pominięcia głównego składnika)! Gdybym osobiście go nie przypaliła. Tak, przypaliłam ciasto, za co wymierzyłam sobie dziesięć uderzeń bicza w ciemnej spiżarni. W ten sposób wytrzepałam z siebie kompleks kucharza i nie traktuję już mojej kobiety w kuchni jak tanią siłę roboczą. Czyli Pe z kitchen portera oficjalnie awansuje na sous chefa, a wszystkie „podaj, umyj, pokrój cebulę czem prędzej bo zniszczysz me dzieło” odeszło w przeszłość. Ciasto numer dwa zeżarł nam pies. Więc jednak całe to obżarstwo naszej trójki wypadało spalić. Więc była i podróż.

Zaczęło się od wycieczki do Walii. Po drodze było nam do Birmingham więc wdepnęłyśmy do mojego brata. Wtedy Pe przypomniała mi, że jestem chrzestną i o ile ja mogę o tym nie pamiętać, to dzieciaki na pewno mi o tym pomysłowo i publicznie przypomną. Więc jak tylko zajechałyśmy pod sklep z zabawkami to od razu postanowiłyśmy przejść do planu B. Noż tam były tłumy jak na sylwestrze w Krakowie! Więc od razu zjechałyśmy na stację benzynową po czekolady, ogarnęłyśmy bankomat i prezent gotowy. Jeszcze długo, w aucie debatowałyśmy nad tym jak to głupio i płytko jest dawać dzieciakom pieniądze na gwiazdkę i że chyba jesteśmy najfatalniejszymi ciotkami pod słońcem. Że nie pociśniemy żadnej ściemy o tym, że św. Mikołaj przeciął nam trasę saniami, a ten brokat na ubraniach to pył po reniferach. Ale pod koniec Pe to bardzo podekscytowało: „Boże eM, będę pierwszy raz taką czekoladową ciotką z dzieciństwa, która daje gorzką tabliczkę z banknotami!”. Koniec końców dzieciaki wiadomo, że zadowolone po czym ponownie przykleiły twarze do tabletów.

W końcu dotarłyśmy do małej walijskiej mieścinki, której nazwy nie przytoczę bo piszę się ją w tolkienowskim elfickim bo odkryłyśmy, że w Walii jakiś inny język mają. Piękny ale szalony. Miałyśmy rozbić obóz w lesie bo któż tam nas sprawdzi w okresie świątecznym (jeśli myślicie, że wszędzie jest tak jak w Polsce – czyli, że możecie rozbić się gdzie dusza zapragnie to jesteście w błędzie. Tutaj na wszystko trzeba mieć pozwolenie dlatego nigdy nie dopuśćmy do prywatyzacji lasów!!!). Ale mnie rozbolał ząb, Pe zgłodniała, a pies zranił łapę, a do tego rozpadało się gorzej niż w Anglii. Więc przeczekałyśmy w hotelu, chyba w najlepszym jaki mógł nam się przytrafić spontanicznie. Bo nie dość, że widok miałyśmy na wodospad to jeszcze nakarmiono nas wegańsko, a do tego pies mógł towarzyszyć nam podczas śniadania. Oni tam chyba kochają psy bo do każdego pubu można wejść ze zwierzakiem. Okazało się, że wszystkie interesujące atrakcje są pozamykane. Tyrolka 100 mil na godzinę, nurkowanie w opuszczonej kopalni. Pe się ofukała, że przeczytałam te materiały turystyczne bo były to jej plany rocznicowe. No nic w końcu musiałyśmy ruszać w drogę.

Dotarłyśmy do parku narodowego – Snowdonia. Kierowałyśmy się na Snowdon czyli najwyższy szczyt w tamtych okolicach. Z każdą milą byłyśmy coraz bardziej przerażone. To było oberwanie chmury. Wodospady wylewały się na „drogi”. Drogi były ciekawej jakości i bardzo kręte. No ale rezygnacja nie wchodziła w grę. Nie jechałyśmy tylu godzin żeby kimnąć się w hotelu, zjeść jeszcze więcej i popatrzeć na świat przez okno. Opatuliłyśmy się workami na śmieci i ruszyłyśmy ostro naprzód, a Luna pognała za owcami. Szłyśmy, a im wyżej tym gorzej. Wiatr był tak ostry, że nie pozwalał nam iść, nie wspominając już o tym jak unosił naszego psa na lewo i prawo. W końcu zdecydowałyśmy, że trzeba zawracać. Wprawdzie już ustaliłyśmy podczas innej wędrówki, że gdybyśmy umarły to umrzemy szczęśliwe, ale po co przyspieszać ten proces. Zamoczone do suchej nitki uświadomiłyśmy sobie, że prościej byłoby iść nago. Wytrzeć się w ręcznik i po sprawie. A weź sciągnij mokre obcisłe spodnie w ciasnym aucie jeszcze w tle z inną grupą turystyczną. No nie było ciekawie. Wiatr był coraz silniejszy. Do tego stopnia, że Pe miała problemy z powrotem do auta i tak ona ciągnęła drzwi, a ja ciągnęłam Pe za majtki do środka jedną ręką, drugą trzymając się kierownicy. Fajna wycieczka. Chyba pierwszy raz się tak rozczarowałyśmy. Wyczerpane ruszyłyśmy w stronę Nottingham. I im dalej od gór tym cieplej. Nawet nie wiedziałyśmy gdzie dokładnie jesteśmy kiedy nagle z autostrady ujrzałyśmy zarys morza. I ten spacer po plaży uratował nasz dzień. Na parkingu, z auta, z wiadokiem na morze wypiłyśmy ciepłą herbatkę (mimo, że pan z obsługi stwierdził, że mają piwo, mają kawę ale herbatę to będzie dla niego ogromne poświęcenie zrobić). I nagle Pe mnie szturcha za ramię i wskazuje samochód obok. Zaglądam wścibsko, a tam dwie panie ostro po siedemdziesiątce (choć to mogło być po 60tce czy 80tce – bo wiek „babcia” jeszcze za wiele mi nie mówi) za ręce, przytulone, wpatrzone w horyzont. I tak myślę, cholera czy to czasoprzestrzeń się zagięła czy coś z wymiarami pomieszało? Ale pięknie by tak było przeżyć wszystkie święta właśnie tak, aż do lat babcinych (no może bez tego wiatru i deszczu z mokrymi tyłkami).

Ten wpis został opublikowany w kategorii Życie codzienne i oznaczony tagami , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

15 odpowiedzi na „Świąteczne spotkanie z nami, z przyszłości

  1. ~Katherine pisze:

    Uwielbiam.
    Wzruszyłam się.

    • M i P pisze:

      No ja w tamtym momencie też. Bardzo miłe i kochane uczucie. Prawie takie same jak wtedy gdy pierwszy raz zobaczyłam w UK dwie lesbijki babcie trzymające się za ręce :)

  2. Siwa pisze:

    Wydaje mi się, że te babcie też musiały przeżyć w swoim życiu dużo wiatrów i mokrych tyłków, żeby dotrzeć nad to morze. Ale uroczo, że spotkałyście siebie w przyszłości.
    Pozdrawiam :)

    • M i P pisze:

      Bardzo możliwe :) Potem zagadały do nas i powiedziały, że się przeprowadziły z Anglii do Walii i tak sobie przyjeżdzają :). Fajna sprawa. Teraz jeśli okaże się, że i my się przeprowadzimy to na serio zacznę wierzyć w inne wymiary ;)

  3. słodka pisze:

    Mokre tyłki też mają swoje plusy ;) a co do zagięcia czasoprzestrzeni – jest to możliwe (czasem mamy wgląd w przyszłość) ;) Wpis świetny, chociaż ten fragment z ciastem był najlepszy. Moja teściowa robi cudowne ciasto „górnika” – zawsze spali ;) i zawsze jest czarne …
    Szczęśliwego Nowego Roku !

  4. ~Be pisze:

    Jeszcze mokrzejszych tyłeczkow i oby za kilkadziesiąt lat ktoś tak na was patrzył. :)

  5. ~Be pisze:

    Ja rozumiem ,że pejczyk jest cholernie podniecajacy i to w spiżarni ale żeby samej… hm.;)

  6. a najbardziej zazdroszczę Wam tego odkurzacza ;)

  7. ~monotyp pisze:

    wreszcie znalazłem chwilę, by Was poczytać i przyznam, że wycieczka z przygodami, ale jakie zakończenie! :)
    ja z kolei święta spędziłem z rodziną, ale mój partner cierpliwie wyczekał i po powrocie oddaliśmy się wspominaniem naszego wspólnego, pierwszego roku :)
    uściski dla Was :)

  8. ~mała-myśl pisze:

    Życzę Wam takiej miłości jak u tych babć ;) i wszystkiego najlepszego w 2016 roku :)

  9. ~Magda pisze:

    Bardzo ciekawy blog, jestem tutaj pierwszy raz i coś czuję, że nie ostatni. ;)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>