Jak to właściwie jest z tymi imigrantami/uchodźcami – ludźmi?

No właśnie. Obecnie temat numer jeden wszędzie. I mój personalny najtwardszy orzech do zgryzienia ever. Myślałam, że jestem tolerancyjna, empatyczna i pozytywnie nastawiona do ludzi do granic możliwości, a tutaj takie coś. Bo nie raz i nie dwa pomogłyśmy, dostałyśmy piachem w oczy i tak w kółko. No i sama emigrowałam, co jest wisienką na torcie moich rozmyślań. Otóż wakacje spędziłyśmy we Włoszech. Punkt pierwszy wycieczki – Rzym. Otóż moi drodzy Rzymu już nie ma. To znaczy fizycznie jest, ale nie ma tam już tego historycznego ducha antycznego miasta. Za to jest chaos, bród, smród i agresja. Jako że wszystkie autobusy nam odjechały, sprytnie zorganizowałyśmy z jeszcze jedną parą zrzutkę na taksówkę. Dziewczyny dopiero co wróciły z Grecji i troszkę zaskoczone, że nocą chcemy zwiedzać Rzym zaproponowały nam odprowadzenie pod Koloseum. No to wysiadamy w samiutkim centrum miasta. I przeżywamy szok.

Pomazane budynki, poobijane auta, śmieci latające w powietrzu. Grupy mężczyzn osaczające nas przy każdym zbliżeniu, komentujące nas w obcym języku. Tak zaczęłam rozmyślać wtedy, czy to są ci słynni imigranci, których nikt nie chce przygarnąć pod swoje skrzydła. I wtedy nastąpiła pierwsza próba kradzieży. Tą torbę jedzenia, którą taszczyłyśmy to ja bym chętnie oddała, gdyby ktoś się nią w ogóle interesował. Ale tu chodziło o coś innego, o eura. Ja to jestem trochę taką panikarą, ale jak zobaczyłam, że mój odważniak traci resztki swojej cwaniackiej pewności siebie to… wpadłam w jeszcze większą panikę. Wtedy Pe odłączyła aparat z naszego selfie sticka, rozwinęła ponad metrowy, metalowy pręt i tak kroczyłyśmy naprzód. Inaczej się nie dało, a okazji do zwiedzania nie chciałyśmy przepuścić. Zwłaszcza, że po takim powitaniu nie chciałyśmy już nigdy tu wracać. Między Koloseum, Panteonem, Forum Romanum, niezliczonymi kościołami i obiektami architektonicznymi natrafiałyśmy na obrazy ludzkiej agresji, publicznego załatwiania potrzeb fizjologicznych bez żadnego skrępowania (chociaż toaleta była oddalona o jedyne kilka metrów) – i nie mam tutaj na myśli „tylko” popularnego „szczania pod murem”. Do tego wszechobecny alkohol, który jakimś cudem pojawiał się w rękach ludzi w potrzebie. Krzyki, zaczepki i bójki, jak to po alkoholu. Nie wiem jak wy, ale ja jadąc „w gościnę” nie zachowywałabym się w taki właśnie sposób. A będąc w UK staramy się pokazać od jak najlepszej strony.

I wiem, że wielu sypie danymi o rodzinach, zmarłych dzieciach na morzu, kobietach zruganych w drodze o życie. Ale na prawdę, nie widziałam ani jednej kobiety, ani jednego dziecka wśród morza leżących facetów w mieście. Zbieg okoliczności? I wiem, wierzę głęboko, że gdzieś tam są ci potrzebujący, wiem też, że my tutaj wygodnie przed komputerami, a tam gdzieś daleko ludzie umierają. Ale na prawdę już sama nie wiem co mam o tym myśleć. Bo przecież jako lesbijki, nie podróżujemy w żadne głębiny wschodu, gdzie nasze wakacje mogłyby się skończyć nieciekawie. Wędrujemy po Europie, tak żeby czuć się bezpiecznie i w miarę możliwości tolerowane. I chociaż czasami naszą orientacje musimy schować do kieszeni, tak tutaj nie miałyśmy żadnej drogi „skitrania” naszej płci. Szłyśmy jak towar do oceny, wystawione pod wybałuszone oczy i ostentacyjne gesty. Pomaganie jest wartością wspaniałą, ale nie powinno nic odbywać się za darmo i pod kogoś. Europa przechodziła już swoje, doszliśmy do pewnego punktu wolności i obyczajowości. Mamy równouprawnienie i feminizm. Dlaczego teraz na własnym podwórku mamy uczyć przybyszów wszystkiego od podstaw? Ja nie mówię, że każdy z tych facetów jest gwałcicielem, ale ja – „mniej więcej” będąca u siebie (bo jestem przecież Europejką) mam być wystawiana na takie zachowania? Dlaczego? Bo tak wypada? Ile czasu zajęła nam walka o tolerancje osób homoseksualnych (która jeszcze w różnych miejscach trwa) i to też mamy zaczynać od nowa? Dziewczyny, które nas odprowadzały nawet nie przytuliły się na pożegnanie. I dzięki bogu bo nie chcę nawet myśleć jakby to się skończyło.

Taka opozycja jest różnie odbierana bo „co ty wiesz gówniaro o wojnie”, „nikt nie ma prawa oceniać, które życie jest wartościowsze”, „Europa jest to im winna”, „media kłamią”. Ale ja to widziałam na własne oczy, przeżyłam na własnej skórze i dlatego przechodzę załamanie światopoglądowe. Bo i w Londynie spotkałyśmy kilku Somalijczyków, którzy twierdzili, że są bardziej u siebie niż my, że mamy postępować zgodnie z ich ideologią. A do czego doprowadzi taki zalew? Jeszcze tego nie wiemy.

Przeżyłyśmy wiele rzeczy, widziałyśmy sporo, mało co nas przeraża, ale tamten dzień był jednym z gorszych. To był horror i strach o siebie. Tak łatwo było być pro – zamiast anty, z pozycji ciepłego domu, z gazetą w ręku i wiadomościami w tle. Kiwać głową we współczuciu. Ale kiedy przypadkiem wchodzisz w ślepą uliczkę, na końcu której odkrywasz grupę ludzi, przed którymi musisz uciekać ile sił w nogach, to punkt widzenia się zmienia. Wiem, że nie można generalizować. Ale jeśli tylko jakaś część tych ludzi jest taka z jaką akurat my się zetknęłyśmy, i my damy im schronienie i azyl to co to zmieni? To wciąż ci sami ludzie, o tej samej mentalności, którzy pozostawiali swoje rodziny, matki, dzieci, żony, kraj w niebezpieczeństwie. Czy to jest dobry rodzaj człowieka? Czy oni mogą nas wtedy nazywać tymi złymi, którzy odmówili pomocy?

Mi to najbardziej było szkoda tych Włochów. Którzy za bardzo nie wiedzieli jak się w tym wszystkim odnaleźć. A policja tylko wygodnie patrolowała wszystko z okna radiowozu.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Przemyślenia, Życie codzienne i oznaczony tagami , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

2 odpowiedzi na „Jak to właściwie jest z tymi imigrantami/uchodźcami – ludźmi?

  1. ~Breloczek pisze:

    Wiele ‚Narodów Wschodu’ zaczyna przywłaszczać sobie Europę zachodnią – bo Polska im się nie opłaca, jest tylko ‚po drodze’.

    Ich sposobem na nasze podbicie jest ich co raz większa liczebność i nasza tolerancja na ich wiarę i zasady. My szanujemy ich patrzenie na świat, oni jednak naszego już nie.

    Ostatnio zostałam zmierzona i wyzwana przez islamską rodzinę (nie wiem jak, mogę się tylko domyślać), tylko dlatego, że miałam na sobie leginsy.

    Tak jak Wy, my emigrując staramy się wejść w społeczeństwo holenderskie. Uczymy się ich zwyczajów i je szanujemy.

    Pozdrawiamy

    • ~M i P pisze:

      No i właśnie. Chyba gdzieś tam docieram do swoich granic tolerancji. Z tego odpowiadania ślepą miłości na nienawiść wychodzi chaos. Mam nadzieję, że ktoś mądrzejszy nad tym zapanuje.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>