O tym jak znalazłam bombę i uratowałam Annie

Ostatnio wywiązują się niezłe konflikty między nami. Nie to żeby ciężkie przedmioty szły w ruch (ostre też nie), ale muszę przyznać, że kłótnie świetnie rozwiązują nasze problemy. No bo potrzebny samochód większy i lepszy, ale kto ma to załatwiać? Narzekać jest komu, ale robić nie ma. Tradycyjne zwalanie winy – „a bo ty lepiej się znasz na samochodach”, „a ty nigdy nic pierwsza nie załatwiasz”, „a ty nigdy nic sama nie zdecydujesz ani nie zarządzisz!” „bo przecież ty nie dajesz mi rządzić”. Pe się podkurzyła, trzasnęła drzwiami i wyszła (z aparatem na szyi). No to miałam niezły orzech do zgryzienia, gdzie ta małpa polazła. Po czasie wraca przyciszona. Nadal się nie odzywam. Zaczyna klikać w komputerze. Dalej nic. Myślę sobie, pisze z jakąś kobietą lekkich obyczajów, nadaje na mnie albo i gorzej, nie wspomina o mnie ani słowem. No już po minucie nie wytrzymuje, oczy przekręcają się maksymalnie w prawo, odbicie ekranu w jej okularach nic mi nie mówi… więc chrząkam. Znacząco, głośno, dosadnie. Pe nie reaguje. Czuję jak nadchodzi wewnętrzne tsunami, morza wzbierają, wulkan buzuje, nerwica atakuje. Wtedy Pe jak gdyby nigdy nic rzuca „ej eM jaki silnik?”. Wróciłam do siebie. Spokojnie i nonszalancko rzuciłam od niechcenia „co?”. A ta jakby mówiła o wczorajszej pogodzie: „jaki mamy silnik w aucie?”. Okazało się, że Pe za jednym zamachem zrobiła zdjęcia naszego auta i za jednym zamachem wrzuciła ogłoszenie, że sprzedajemy. No to się nazywa dobra robota. Telepatycznie zaczęłyśmy przyciągać potencjalnych kupców. Nie minęła minuta kiedy telefon zadzwonił. To musiały być na prawdę niezłe fotki.

Na drugi dzień przyjechali oglądać nasze auto, aż z Doncaster. Uaktywniłam swoje ukryte zdolności prezentacji produktu, zdobyte dziesięć lat temu na promocjach proszku „E” czy jakiś serków wiejskich. Auto poszło od ręki. Szok, niedowierzanie i… brak mobilności. Pe wpadła jednocześnie w furię szczęścia i złości: „eM do cholery, mam pojutrze rano sesję, jak mam zawieźć trzydzieści kilo sprzętu cztery dzielnice dalej?!”. Może partiami?

A tak serio to przypomniało mi się, że jeden facet chciał sprzedać auto, które oglądałyśmy tydzień wcześniej, miał tylko naprawić jedną drobną „ustereczkę”. Zajeżdżamy do niego, oczywiście okazało się, że to Polak. Wyznałyśmy desperacko: „Panie my weźmiemy to auto od ręki, na już potrzebujemy”, na to on: „wiecie co dziewczyny? Takie fajne jesteście, ja wam nie sprzedam tego auta.”, aż zgłupiałyśmy, „wracam właśnie od tego mechanika, ta drobna usterka nie jest jednak taka drobna, cała elektronika niedługo padnie – ja komuś wcisnę to auto, a wy szukajcie dalej”. I znowu mieszanka emocji. Szczęście i nieszczęście. No i fajnie też, fajny uczciwy człowiek (w stosunku do nas…)

Kolejnego dnia, a była to niedziela, spięłyśmy pośladki i ruszyłyśmy (na nogach oczywiście) od adresu do adresu. Załamane coraz bardziej zadzwoniłyśmy pod kolejny numer, gdzie pewien Hindus, zapewniał mnie, że aut ma pod dostatkiem, do wyboru do koloru. No to zajechałyśmy w miejsce gdzie stały jakieś cztery stare gruchoty, zaparkowane na domowym parkingu . Serio? Ja się na to nie nabiorę chociaż techniki marketingu Mr. Patel miał niesamowite. Jak tylko usłyszał „nie dziękuję”, trzasnął drzwiami bez do widzenia. Zaczynało się ściemniać, a nam pozostał ostatni adres do odwiedzenia. I było warto się nałazić. Znalazłyśmy to czego szukałyśmy. Jedynym problemem okazała się manualna skrzynia biegów. Jak to szło? Sprzęgło jakieś, a kiedy się wbija kolejny bieg i dlaczego znowu zgasło na światłach?! Podjechałyśmy na pustkowie poćwiczyć. Dojechałyśmy do końca ogrodzenia i… nie mogłyśmy wbić wstecznego, a mur coraz bliżej… wbijanie wstecznego… cholera nie, to znowu jedynka. Mur jeszcze bliżej.

No ale wszystko się dobrze skończyło. Już sobie nawet radzimy. A miejsca mamy tyle, że można spokojnie śpiwory rozstawić z tyłu, w razie dalszej wycieczki. Czyli co? Może niedługo kierunek Polska, choć nie wiem czy nie skręcimy do Hiszpanii. 

Póki co kolejny raz wybrałyśmy się nad morze. Powiedziałam Pe, że nie wyrobię jeśli nie odpocznę od tej pracy. Byłam wykończona mentalnie. Śniłam o klockach hamulcowych, a moje granicę zostały przekroczone kiedy na ćwiczeniach antyterrorystycznych wrzucili mnie do autobusu wypełnionego sztucznym dymem i kazali mi wyciągać manekina zaklinowanego pod siedzeniem, którego następnie musiałam reanimować. Ale nie tak jak w klasie, na spokojnie. Dwa oddechy, sześćdziesiąt uciśnięć. W terrorze! „She is dying! Faster! Harder driver!!!!!! You can’t stop! Annie is dying!” Potem jeszcze podrzucono mi sztuczną bombę, która tykała jak prawdziwa – tak żeby sprawdzić moje reakcję (prawie dostałam zawału kiedy o poranku wsiadam do swojego autobusu, normalny rutynowy dzień i „to” leży na tyłach w podrzuconym plecaczku dziecięcym ze spidermanem). A na deser, przy odgrywaniu scenek musiałam jeździć na wózku inwalidzkim, tak żeby jeden z moich kolegów mógł mnie bezpiecznie ewakuować. Nawet nie chcę pamiętać tego upadku. Ludzie z mojej grupy jako „bezpieczne słowo” podali moje imię. Czyli kiedy już dzieje się za dużo, wystarczy krzyknąć „eM” i zatrzymujemy zabawę. I wiecie? Dziwnie jest krzyczeć swoje własne imię. A ja mam nadzieję, że nigdy w życiu coś takiego nie spotka mnie w realnym świecie (zwłaszcza wyskakiwanie przez wyjście ewakuacyjne w piętrowym autobusie). Bo kurczę, nie aplikowałam przecież do szkoły strażackiej. Aczkolwiek każde nowe doświadczenie jest… nowym doświadczeniem.

A nad morzem było cudownie. Zajechałyśmy wieczorem, prosto na zachód słońca i jak tylko łapy naszego psa dosięgły piasku zauważyłyśmy napis „Psom zakaz wstępu. Kara 1000 funtów”. W hotelu tak bardzo chciała nas bronić przed intruzami (innymi bywalcami hotelu), że piszczała co pięć minut. Czyli dokładnie co tyle, co ile wpadałyśmy w pierwszą fazę snu. Dzięki temu doświadczeniu miałam przyjemność być uświadomioną, że z godziną snu dalej mogę funkcjonować! A i dzika plaża się znalazła dla psa. Po takiej dawce ruchu zapadła w śpiączkę, dzięki temu i my mogłyśmy się wyspać. Gdyby tylko nie te poparzenia słoneczne, które bolą i swędzą jednocześnie…

 

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii i oznaczony tagami , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

8 odpowiedzi na „O tym jak znalazłam bombę i uratowałam Annie

  1. ~Alex pisze:

    Super notka! Wy to macie nieźłe przygody!!!

  2. ~Aniołek pisze:

    Szkoły strażackie są fajne, tak samo jak zawód strażaka :)
    Kiedyś powinnyście spróbować przejść przez komorę dymną, u mnie niektóre remizy organizują takie akcje dla cywilów ;)

    Pozdrawiam razem z Diabełkiem :D

    • M i P pisze:

      A no bo Ty (albo Twoja dziewczyna) chyba jesteś strażakiem, czyż nie? Fajna sprawa ogólnie :) Podobało mi się po prostu nie spodziewałam się takiego przeszkolenia :D. Dziękujemy za pozdrowionka i też pozdrawiamy.

  3. ~Katherine pisze:

    Manualna skrzynia biegów to super sprawa:) – piszę tak choć sama nie mam prawka, ale za to mam „szoferke”D
    Pozdrowienia dla Was obu:)

    • M i P pisze:

      Pe ma prawko, ale nie lubi jeździć + ja nie mogę się zrelaksować jak ona prowadzi więc też jestem taką szoferką ;) Dziękujemy, również pozdrawiamy.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>