Z pamięnika mięsomanki: jak przejść na wegetarianizm

Po naszym szalonym holidayu przyszedł czas na powrót do normalności. Planowanie grafików, pranie, sprzątanie i… gotowanie. No właśnie z tym gotowaniem sprawa się zaczęła. Niczym scena z „Trudnych spraw” czy czegoś takiego, co miałyśmy możliwość poobserwować w Polsce. Usiadłyśmy wieczorkiem przy świecach, w dobrych nastrojach i nagle Pe zauważyła, że odkładam kawałki kurczaka na bok. Owe kawałki nagle zaczęły lądować w chusteczce na drugim końcu stołu, szczelnie zamknięte. „Co ty eM, rozchorowałaś się? Czy znowu się odchudzasz? Tylko, że to mięso jest twoim najmniejszym problemem, bez obrazy”. Dobrze, że dodała to „bez obrazy”. Jednak to nie było to, w końcu padło „Pe, my jemy zwłoki”, po czym rozległa się muzyka z horroru.

Gdybym miała cofnąć się w czasie i w punktach opisać moje przygody z żywieniem, napisałabym tak:

1. Jestem dzieciorem, nie mam nic do gadania, jem wszystko jak leci, a nawet przejawiam ponadprzeciętne zainteresowanie mięchami każdego rodzaju. Około podstawówki podczas spędzania wakacji na wsi, pierwszy raz widzę jak zabija się zwierzęta domowe i że biegnąca kura bez głowy dostarcza dorosłym niesamowitej rozrywki. A zarzynana świnka krzyczy jak człowiek, na całe gardło. Niestety nadal jestem dzieciorem i nie mam nic do gadania. Po moim donośnym piszczeniu mama zezwala na tydzień wegetariański. Nie mam pojęcia o białkach ani witaminach, jem suchego ziemniaka z surówką, a mama podsuwa mięso z hasłem „tak już ten świat jest zbudowany”. Cudowna pani od przyrody inspiruje i ratuje mnie z opresji, pokazując inne metody na wyrażanie mojego „nie”. Razem z kolegą, z klatki obok chodzimy po blokach i zbieramy podpisy pod petycją przeciwną wywozom koni na rzeź. Obleśny facet w samych slipach otwiera nam drzwi i grozi policją. Jak to dzieci boimy się i ograniczamy naszą działalność do namawiania rówieśników do bojktowania cyrków.

2. Wiek nastoletni. Wiążę się z agresywną, oceniającą weganką. Za cel stawia sobie zamianę mojego stylu żywienia. Wmusza mi placki bananowe na każdej randce. Smaży je na wynos i na miejscu, dzień i noc. Pewnego dnia odkrywa w moim domu pudełko pełne placków obrośniętych pleśnią. Ginę od jej słowotoku i napiętnowania przez jej hipisowską gromadkę. Boję się wegan, a Pe doradza mi jak się z tego wykaraskać.

3. Wiążę się z dziewczyną, która przejawia problemy żywieniowe, waży tyle co nic. W końcu jogurt dziennie zamienia się w trzy mięsne posiłki dziennie. Klaszczę w przerwach pomiędzy gotowaniem. Utwierdzam się w przekonaniu, że niejedzenie mięsa jest szkodliwe.

4. Wyjeżdżam do UK, gdzie próbuje wszystkiego co nowe, a na kuchni żartujemy z wegetarian odwiedzających nasze restauracje. Gonimy się z ruszającymi krabami między stolikami, potem celuje w nie tasakiem pierwszy raz. Zabijam. Jestem jak dorośli z mojego wczesnego wspomnienia. Wmawiam sobie stare powiedzenie mojej mamy.

5. Zakochuje się w Pe, która nienawidzi gotować, która potrafi żyć bez mięsa. Same panujemy nad swoją lodówką, ja rządzę w kuchni. Z miłości do niej pieczołowicie ściągam ścięgna, żyłki i obieram skórę. Pe przystosowuje się do mnie, a każde napomknięcie o diecie roślinnej powoduje u mnie nerwice i wizję podwójnego gotowania. Pe może żywić się tylko jabłkami, serio.

6. Poznajemy przyjaznych wegan. Nic nam nie beblają, nie zamykają oczu na widok kanapki z szynką. W trakcie odwiedzin na wszelki wypadek nie częstujemy ich niczym oprócz herbatą. W końcu oznajmiają, że nie są tak radykalni jak moja była, że nasze patelnie im nie śmierdzą śmiercią. Gotują dla nas, zajadamy się smacznie. Pe proponuje miesiąc wegetariański. Przeżyłam, dla niej i z ciekawości. Zanotowałam, że w trakcie, Pe gotuje dla mnie, bez przymusu.

7. Ewoluuje w pracy na kuchni. Mus z ikry małżów św. Jakuba doprowadza mnie do ekstazy. Nie widzę innych zamienników, a kuchnia wege kojarzy mi się z chipsami zagryzanymi jabłkiem na przemian – nuda. Kocham mięso, grillowanie wiosenne, gotowanie dla mięsożernych znajomych. Nie wyobrażam sobie inaczej, nie chcę żreć trawy. Chłonę wszystkie kulinarne książki i programy.

8. Znajomych z punktu szóstego odwiedzamy w Polsce. Po pięciu minutach przebywania w ich domu chcę być przez nich adoptowana. Razem z ich piątką psów i dwójką kotów (też są wege jakby coś). Zaczynam czuć pewien psychiczny dyskomfort, że w czasie kiedy ja dyskretnie trawię drób, oni opowiadają o zachowaniach stadnych kur.

9. Skok na spadochronie porządnie przewietrzył mi mózg. Już mało co mnie ogranicza. Jedziemy na przejażdżkę do schroniska dla psów. Gubimy się, staję autem przed farmą krów. Odsuwam szybę i krowy biegną w naszą stronę, jak pieski. Mają piękne czarne oczy, gładkie włosie jak moje ukochane konie i nie wiedzą, że pożeram ich rodziny. Wstyd mi za to okropnie. Dociera do mnie, że paczka mięsa w sklepie to kawałek krowy. Równie dobrze mogłabym wziąć nóż i sobie coś wykroić na obiad. Kupując w sklepie nie mam krwi na rękach, morderstwa dokonuje ktoś za mnie. Nierzadko jakiś psychol, który jeszcze maltretuje te zwierzaki. Nie ma bata, tak żyć nie będę.

Razem z Pe zrobiłyśmy research. Wszystkie filmiki o diecie wege nie stanowią już dla mnie makabrycznej propagandy, a dosadnie ukazaną prawdę – tam nie ma aktorów, to są zwierzęta zabijane w rzeźniach. Szalona weganka z punktu drugiego, nie jest w moich oczach już więcej ani trochę szalona. Kiedy ktoś próbuje coś wytłumaczyć, i już ręce opadają bo widzi jak ślepy jesteś i głuchy na otoczenie (na cierpienie żyjących istot). Trochę jak z homofobią, nerwica bierze i pozamiatane bo ten z biblią wyskakuje albo porządkiem świata (ludzie od zawsze jedli mięso, to jest naturalne = ludzie zawsze dobierali się w dwupłciowe pary, tak już jest). Jeden mega przeciw, a drugi w pełni pro – no nie dogadają się. Aż nie poczują, nie poznają, nie zobaczą. Z byciem anty-coś kojarzy mi się tylko slogan: „tak jest od zawsze”/”taki jest już świat” – brawo, siedź w komforcie i się nie wysilaj. Gdyby nie ci pro aka wyluzowani optymiści to dalej siedzielibyśmy w szałasach. Co akurat nie jest jakieś negatywne, ale można to też odnieść do innych, bardziej przykrych części historii ludzkości.

Na szczęście po wielu latach ignorancji totalnej, dotarło do mnie, że tyle zwierząt ile ucierpiało dla mojej przyjemności zaspokojenia kubków smakowych nie pomieściłby mój dom, a nawet całe osiedle domów. A dodajmy do tego całą rodzinę, każdego z osobna, przyjaciół i obcych, a nawet Ciebie. Może tak jak ja kiedyś, nie utożsamiasz tego co na talerzu z tym co biega po łące (a żeby jeszcze biegało, bo może być tak, że nie widzi słoneczka od najmłodszych lat). A może nawet, tak jak ja – dawno nie widziałeś z bliska żółtego kurczaczka (one lecą żywe na taśmie prosto do maszynki na pasztet, jeśli nawet to cię nie rusza, to pomyśl, że jesz mix piór z oczami i dziobami – smacznego).

Nie namawiam, ani nie zabraniam ALE! Mam taką optymistyczną wizję, że za tysiąc lat wszyscy będą weganami (o ile wcześniej nie pozabijamy wszystkich i wszystkiego). No i też polecam, spróbować choćby raz w tygodniu, lub bez spinania, bez zaprzysiężenia na łamach gazet i obietnic publicznych – zobaczyć jak to jest. Bo wcale nie jest tak trudno, a nawet jest przyjemnie. A jeśli nie warto próbować, to na pewno warto się doinformować, poczytać, pooglądać – i sprawdzić czy nam to odpowiada. Ja osobiście byłam w szoku, że żyję w wielkiej nieświadomości tego, że zwierzęta giną w makabrycznych warunkach, strasznie o tym cicho. Na prawdę, kurcze można inaczej. I piszę to jako wielka ex-psychofanka mięsa – na co macie dowód w starych notkach. Dziś już wiem, że nie trzeba mieć żadnych super mocy, żeby przejść na wegetarianizm, a jedynie świadomość i serce. 

Kilka dni temu obchodziłyśmy nasza szóstą rocznicę, powiedziałyśmy sobie z tej okazji oficjalne „tak” dla nie jedzenia mięsa. Jednocześnie meldujemy, że nie zmarłyśmy w tragicznych okolicznościach ani nie przejawiamy żadnych skutków ubocznych, którymi straszą sceptyczni. Trawniki w okolicy też mają się dobrze. Pozdrawiamy!

Ten wpis został opublikowany w kategorii Życie codzienne i oznaczony tagami , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

11 odpowiedzi na „Z pamięnika mięsomanki: jak przejść na wegetarianizm

  1. ~Aniołek pisze:

    Hm, gratuluję? :D
    Po tytule, zrobiłam takie ‚oooo’ i zastanawiałam się czy wesele się udało xD
    *spaczony mózg po ślubie w piątek*

  2. ~Anitt pisze:

    Cieszę się bardzo z Waszego TAK!!! :)
    Ja jeszcze jestem przed tym ostatecznym krokiem- nie potrzebuje jeść mięsa i bywa, że nie jem go długo- a później zjem jakiś kawałek kurczaka. Czuje, że u mnie też niedługo padnie „sakramentalne” TAK :D.
    Mam tylko jeden problem- kocham łososia! ;)
    Buziaki ;*

    • M i P pisze:

      No właśnie, łosoś haha i tuńczyk :). Ale powiem Ci, miałyśmy zacząć z rybami, stopniowo, ale obyło się bez :). Super warzywa na sto sposobów no i nabyłyśmy blender – robimy mnóstwo miksów owoców. Da się tym najeść :).

  3. ~darkowania pisze:

    Gratuluję decyzji!:)
    Zapraszam do mnie, blog mamy wegetarianki :)
    http://swiatlilianki.blog.onet.pl/

  4. ~elka pisze:

    Hejka! Ale suuuuuper! Ja probowalam juz 5 razy rzucić mięso… Może za 6 się uda :))))), pozdrowionka dla was i trzymam kciuki!!!

  5. ~Y. pisze:

    Zazdroszczę wszystkim wegetarianom. Też bym chciała obyć się bez mięsa, ale jestem niestety zbyt wybredna co do jedzenia i mi duuuuużo za dużo rzeczy nie smakuje po prostu :( Bym musiała chyba zagryzać banany jabłkami 24/7 :D

    • M i P pisze:

      No właśnie co do zagryzania bananów jabłkami, oglądałam ostatnio jakiś foodbook weganki. I ona taka mała, drobna lasia – a 25 kg bananów je miesięcznie i 15 kg jabłek – wooow!

  6. ~be pisze:

    a ja przyznaję się bez bicia … lubię mięsko , jem to co organizm się domaga albo hm… zapominam w nawale pracy ( to najczęściej :) ) … niestety dieta wegetariańska jest czasochłonna … i tu jest pies pogrzebany.
    I jednak lubię czasem kawałek kiełbasy z ogniska… ale ziemniaczki z masełkiem czosnkowym lepsze, prawda ?
    pozdrawiam . :)

    • M i P pisze:

      No tak, wegetariańska może i nie aż tak jak wegańska, aczkolwiek dajemy radę :). Pytanie czy żywić się „gotowcami” pełnymi chemii czy robić samemu i wiedzieć co się dzieje w środku :). Mnie to też zaczęły odrzucać te mieszanki konserwantów… A widzę po sobie jak organizm odżył :). Ale ziemniaczki tak, uwielbiamy i polecamy hehe :).

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>