Pożegnalny post

Machamy wszystkim na do widzenia. Przez kolejne dni będziemy hucznie obchodzić naszą kolejną rocznicę. Z perspektywy czasu mogę stwierdzić, że te kilka lat wspólnego życia to coś co sprawiło mi mnóstwo frajdy. Mogę napisać, że Pe jest dla mnie cudowną partnerką, najlepszą przyjaciółką i prześwietną kumpelą. I sama nie mogę się nadziwić jak to wszystko łączy się w jednej osobie. Jestem za to bardzo wdzięczna. Nadal mam te cholerne motylki w brzuchu kiedy mnie całuje, nadal nie potrafimy się porządnie pokłócić i mimo faktu, że mieszkamy ze sobą, tęsknimy do siebie, kiedy jesteśmy osobno.

Dziękuje za te losowe forum dyskusyjne na którym się poznałyśmy. Nie miałam pojęcia, że ta rozczochrana okularnica tak się uweźmie i w końcu dopnie swego. A nie było tak kolorowo. W domyśle Pe miała stanowić tylko moją znajomą. Po raz kolejny odwołałam spotkanie, kiedy po drugiej stronie słuchawki usłyszałam fochliwe „ja jak się umawiam to się umawiam, a nie…”. Na szczęście takie hasło wjechało mi na ambicje i rzuciłam się w pierwszy autobus do Katowic. Stałam przemarznięta na tych rozklekotanych schodach dworcowych i czekałam. I ujrzałam Pe, która… była zupełnie inna niż dziewczyna ze zdjęcia. Po miesiącach odkryłam, że wysłane zdjęcie to zdjęcie jej siostry – które niby Pe wysłała przypadkiem, a czego kosmicznie się wypiera (nie ma to jak wykorzystać wizerunek siostry do celów matrymonialnych – czy ty w ogóle byłaś tego świadoma Ro?!).

Nasze pierwsze spotkanie nie było ani ciche, ani konsternacyjne. Wręcz przeciwnie, nagadałyśmy się do kwadratu, dzieląc się między innymi faktami i szczegółami z życia miłosnego. Niezły start. Ale to jeszcze nic. Kilka chwil później przy pomocy Pe próbowałam poderwać dziewczynę obok (przemilczmy tą wpadkę). Na szczęście okazała się hetero, co obwieściła wszem i wobec głośnym chichraniem. Potem jeszcze kontynuowałyśmy gęste rozmowy, na zapomnianym już chyba, gadu-gadu. Przeszłam wymuszone sesje zdjęciowe, obejrzałyśmy morze głupkowatych filmów, przeszłyśmy kilometry leśnych spacerów i kiedy już mogłyśmy stwierdzić, że jesteśmy razem, Pe wyjechała na całe wakacje. Później powrót, kolejne spotkania i anonimowy sms do rodziców Pe, informujący o jej orientacji. I to był horror, kiedy dowiadujesz się, że przyszła teściowa wykazuje umiejętności hakerskie i wkrada się do archiwum wiadomości. Zaczął się rygor, pięciominutowe spotkania na klatce, jeszcze krótsze widzenia z okna i ewentualne przechadzki po lesie przy minusowej temperaturze, wizyty Pe u psychologa. Nie potrafię zliczyć ile razy zmoknięta umierałam z zimna na przystanku, nie potrafię zliczyć twarzy ludzi, które musiałyśmy zapamiętać i unikać na ulicy, liczbę i bajkowość alibi kształtowanych w pocie czoła na nasze spotkania. Trochę to jak rodem z miłosnych powieści w układzie bogata – biedak, biała – czarny, warta – niewarty.

Nadszedł czas na mój pierwszy, samotny wyjazd do UK. Skype działał dniami i nocami. Rodzice oczywiście liczyli na to, że nam przejdzie. Na szczęście Pe udało się wyrwać do mnie na dwa tygodnie i wycieńczoną ciągłą pracą skradła mnie z powrotem, do Polski. Kiedy nie wyobrażałam sobie dalszego życia w taki sposób podjęłyśmy decyzję o wspólnym zamieszkaniu. Jak można było się spodziewać wyprowadzka Pe była bardzo burzliwa i emocjonująca. Jednak znowu odetchnęłyśmy pełną piersią, przejechałyśmy naszym autkiem cały kraj, wzdłuż i wszerz, chwytałyśmy się różnych prac, kawałka studiów, imprez. Śmiałyśmy się, cieszyłyśmy – w końcu miałyśmy nielimitowany czas dla siebie, bez żadnych rozłąk (aż człowiekowi odbija od tej ilości wspólnego czasu). Po miesiącach wspólnego życia, zdecydowałyśmy się na kolejny krok i z dnia na dzień ruszyłyśmy do Anglii. I od podstaw zaczęłyśmy budować nasz mały świat. 

Kiedy zamykam oczy i myślę o całym tym czasie widzę: diaboliczny uśmiech Pe spychającej mnie ze szczytu zamku na trolejce kiedy odjeżdżam w krzyku; Pe przebraną za św. Mikołaja, na którego połowa dzieciaków reaguje przejęciem a druga z terrorem w oczach „ciociu to nie jest chyba prawdziwy Mikołaj”; widzę jak zażywamy kąpieli w deszczu w cieplutkim jeziorze krzycząc na całe gardło „kocham cię!”; widzę nasze przygody z autostopowiczami; wspólne darcie się piosenek piąte przez dziesiąte na koncertach i w końcu nasz dom, w którym walają się zdjęcia, a schody kojarzą się z upadkami przy walce o łazienkę.

A teraz widzę, że wzięło mnie na wspominki choć jeszcze nie jestem spakowana wcale. Mój jedyny wolny dzień przed wyjazdem wypełniłyśmy podróżami do kantoru, zakupami i sprzątaniem. Oczywiście w międzyczasie nie mogło zabraknąć czasu na rozrywkę. Udałyśmy się na festiwal jedzenia świata. I aż mi serce zapikotało na widok polskiego stoiska z kiełbasą, bigosem i wódką, gdzie stoliki były wypełnione po brzegi przez nie tylko naszych rodaków! Jako, że w bigosie jestem całkiem obeznana skierowałyśmy się w stronę stoiska australijskiego. Padło na mięso kangurze, które choć trochę mnie odrzuciło to było całkiem zjadliwe. A właściwie całkiem podobne do wołowego. Nabyłyśmy sosy, papryczki ghost chilli – najostrzejsze na świecie (nie mam zielonego pojęcia jak je wykorzystam). Przeszłyśmy przez degustacje miodów pitnych, serów świata i kiełbas pokroju salami/chorizo i chlebów wypiekanych w zdrowym, starym stylu. Uwielbiam takie imprezy. Masa ludzi kochających dobre jedzenie.

Ostatniego wieczoru moja Pe zażyczyła sobie nowych doznań smakowych. Padło na kuchnie chińską z naciskiem na owoce morza. Muszę powiedzieć, że przez krewetki i kraba przeszła całkiem nieźle. Jednak gorzej poszło jej z kałamarnicą i małżami. Jednak mimo wszystko najgorzej wypadła w jej ustach kaczka zatopiona jak to stwierdziła w „dżemie”, który był po prostu sosem śliwkowym. No i nieszczęsne tofu, do którego miałam nadzieje, że się przekona. Które powinnyśmy przyswajać prędzej. W końcu postanowiłyśmy zmierzyć się z trzydziestodniowym wyzwaniem wegetariańskim (moja mama zapewne już przeciera oczy ze zdumienia). No ale tak to jest, że jeśli czegoś nie rozumiem – a nie rozumiem wegetarianizmu – to tego próbuje. Czy będziemy miały więcej energii? Czy poczujemy się zdrowsze i lżejsze? Zobaczymy.

A tymczasem żegnamy się i ruszamy w świat próbować ślimaków i żabich udek.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Życie codzienne i oznaczony tagami , , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

14 odpowiedzi na „Pożegnalny post

  1. mała-myśl pisze:

    Fajnie tak powspominać, wrócić myślami do początku :)
    Gratuluję rocznicy i życzę kolejnych wspólnych lat :)
    I oczywiście udanego wyjazdu :)
    Pozdrawiam.

  2. ~Oliwia pisze:

    Wspominki są dobre, przypominają nam o pięknych chwilach naszego życia:)
    Dziewczyny! Udanego wyjazdu Wam obu życzę i szczęścia w kolejnych latach! Nie dajcie się tym wszystkim przeszkodom, sprzeczkom (jak to bywa w każdych związkach) – do tej pory dałyście radę to i dalej też musicie!
    Pozdrawiam Was cieplutko i jeszcze raz życzę niesamowitej podróży :D

  3. ~Starzyk pisze:

    Udanego wyjazdu życzę! i kolejnych szczęśliwych wspólnych latek!!!!!

  4. ~Carrie pisze:

    Wasza historia jest kapitalnym materiałem na książkę/film! Coś przepięknego, świadczącego o prawdziwej miłości :)

    Wspaniałego wyjazdu pełnego przygód Kochane!

  5. piacere pisze:

    nasze historie są zawiłe. Miło pamiętać jak to się wszytsko zaczęło, mieć co wspominać. Udanych żabich udek!

  6. ~Anitt pisze:

    Kochane, a czy żabie udka to nie mięso?? :)
    Podczas dni wegetariańskich polecam Wam wszelkiego rodzaju kasze a najbardziej jaglaną!!! Mniam. Jest idealna i na słono i na słodko.

    Macie piękne wspomnienia! Pielęgnujcie je! Będzie co opowiadać wnukom:)

    Udanego wyjazdu!!!!!

  7. ineczka pisze:

    smacznych tych żabich udek :) będę tu do Was zaglądać :) pozdrawiam serdecznie :)

  8. ~oLa pisze:

    Hej dziewczyny , my tez tak lubimy wspominac, jak to u nas bylo na poczatku, fajnie sie tak wspomina, przez co trzeba bylo przejsc zeby teraz byc szczesliwym,
    gratuluje kolejnej rocznicy i zycze Wam udanego wyjazdu i bawcie sie dobrze, probojcie nowe rzeczy i duzo zdjec porobcie :) pozdrowionka
    oLa

  9. Asia pisze:

    To pewnie w kolejce czekają kolejne przeżycia, namiętności, przygody, kłótnie- jak to w życiu, trzymajcie się ciepło i dbajcie tam o siebie
    Pozdrawiam
    http://eksperyment-przemijania.blog.onet.pl/

  10. Pysia pisze:

    Dużo przeszłyście, ale PRZESZŁYŚCIE i trwacie ze sobą nadal. To jest najważniejsze ;)
    Powodzenia ;)

  11. ~Annalina pisze:

    Powinni o Was nakręcić film ;)

  12. ~Katherine pisze:

    Witajcie,
    pierwszy raz trafiłam na Wasz blog i staram się przeczytać wszystkie posty.
    Przeczytałam Twoje wspominki M, na temat Waszych początków, ąz mi się serce krajało na myśl co wtedy musiałyście czuć, kiedy rodzice są przeciwko. Podziwiam za odwagę, której sama nie mam.
    Postaram się śledzić Wasze losy na bieżąco:)
    Pozdrawiam

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>