Rycerka na srebrzystym koniu

Sekret przywalił z grubej rury możliwościami i opcjami na życie, które z każdym tygodniem coraz bardziej przyspiesza. Nie wyrabiamy na zakrętach. Dzisiejsze spotkanie w sprawie zdjęć koncertowych zakończyło się niby sukcesem, pomijając odważny pomysł Melanie na obsadzenie nas w różnych rolach. Otóż Pe jak wszem i wobec wiadomo udowodniła, że nadaje się na posadę fotografa jak nikt inny. Mnie ten zaszczyt ominął, a przydzielono mi ofertę przeprowadzania wywiadów z zespołami. I niby wszystko fajnie, to zawsze jakieś moje marzenie, pisu-pisu z ciekawymi ludźmi. Ale że od razu tak na głęboką wodę? Pod czujnym okiem kamery, spontaniczna interakcja z lokalną, brytyjską sceną muzyczną (o której mam nikłe pojęcie mimo ogromu miłości do muzyki rockowej). Na dokładkę nie jest to w języku polskim, więc co ze slangiem, idiomami, co jeśli czegoś nie załapię? Chyba że by tak walnąć sobie kieliszek i do przodu (i tak czuję się w tej Anglii anonimowo). Zespoły jak podejrzewam też będą „pod humorkiem” więc może akurat się dogadamy. Mamy tydzień na podjęcie decyzji.

Pamiętam swoje pierwsze zetknięcia z kamerami w pracy, w Londynie (pomijam miejskie kamery, które potrafią zarejestrować nawet dyskretne podrapanie się po tyłku). Wszystko działo się albo z samego rana, kiedy docierałam do pracy spóźniona (bo metro po raz tysięczny zalane lub odbywał się „performance” losowej grupy zawodowej w centrum miasta) po nieprzespanej nocy, w niedopranym uniformie, bez makijażu (i bez żadnej uprzedniej informacji o ekipie w mojej kuchni!). Lub po dwunastu godzinach pracy na pełnych obrotach, po niezliczonej ilości odbytych konwersacji z podchmielonymi klientami (otwarta kuchnia powinna być zaliczana do trudnych warunków pracy, z możliwością doznania uszczerbku na zdrowiu psychicznym). A wtedy było mi już obojętne z kim i o czym rozmawiam.

Zaledwie cztery dni przed wyznaczonym terminem otrzymałyśmy maila z informacją o teście językowym do koledżu. To co mnie uderzyło, to fakt że pani sekretarka jak zwykle przekręciła nasze imiona i nazwiska (w mailu. I cholera, obcokrajowców tu bez liku, dlaczego nikt nie raczy przepisać litera po literce?), przez co prawie owej informacji byśmy nie uzyskały. Na szczęście błędy wypatrzyła polska dobra duszyczka, która postanowiła zaryzykować i wszystko poprawione przesłać prosto do mnie. Do mnie trafiło, gorzej z Pe. Gdybyśmy nie mieszkały razem to jak? O niczym by się nie dowiedziała? Tak czy siak test wypada w nasz pracujący dzień, bez możliwości zmiany grafiku. Jeszcze nie wiem jakim magicznym sposobem to pogodzimy.

W pracy przekonałam się, że jeśli napotyka się na kogoś, kto swoje humory zmienia jakby przechodził okres nieustannie, to należy nie ofukiwać się. Nie odpłacać podwójną wrednością (co czyniłam uparcie), ani też nie ignorować. Wystarczyła normalna, szczera rozmowa. Czyż to nie zaskakujące, i ludzkie? Na pytanie jaki problem ma ze mną Julia, ta poczuła się zawiedziona, na myśl że całe dwa miesiące dobijała mnie swoim zachowaniem, a ja odpłacałam się tym samym. Teraz choć późno, połączyłyśmy swoje siły i ze znoszeniem siebie nawzajem radzimy sobie całkiem nieźle. A wręcz znalazłyśmy wspólne tematy do rozmów i sposoby na zabijanie czasu w pracy. Na przykład opowiadam jej o życiu w moim kraju w zamian za „mrożące krew w żyłach” opowieści „jak ciężko jej przeżyć za 1500 funtów miesięcznie”. To był niezły kontrast z moimi 250 euro w Polsce.

Na koniec temat numer jeden. Walentynki! Ha! Nieodpuszczone zostanie nikomu! Wszystkich singli zasypię teraz płatkami róż, kilogramami czekolady i bosym tańcem w deszczu, na tle karety z białymi koniami, na których miłość mojego życia puszcza zachęcająco oczko. Nie no. Siedzę tutaj sama, a Pe odbębniła już swój zestaw awaryjny: czekolada + kartka + kubek z serduszkiem. Ale żeby nie umniejszać zasług, zostałam uraczona lunchem do łóżka, za który musiałam na wpół żywa zapłacić osobiście, stawiając się z kartą na druzgocącą wieść „kochanie, zapomniałam portfela, a już zamówiłam, wstawaj i przyjdź szybko tu i tu i zapłać bo wstyd!”. Mój prezent opierał się na zestawie awaryjnym: kwiat (przemycany pod kurtką bo ta małpa* jak trzeba to nie przyjdzie po mnie, a jak szykuję niespodzianki to już czeka i wypatruje przez szybę) + kartka + słodycz + spełnienie trzech życzeń. A było to zorganizowanie obiadokolacji, seans z Harrym Potterem (plus RZECZOWA polemika na temat: „Profesor Snape, czarny charakter czy tajemniczy dobrodziej? Swoją opinię oprzyj na wszystkich częściach serii, podając konkretne cytaty. Min. 2000 słów, załącz krótką acz dokładną bibliografię). Seans za seans – też swój miałam dostać! Pe mnie puściła z torbami. Ale tym razem ujdzie jej to na sucho. Ze względu na pobudkę o szóstej rano i jej przemęczenie zrezygnowała nawet z życzenia numer trzy – masażu. A to mi akurat na rękę.**

*określenie użyte na potrzeby ukazania dramatyzmu sytuacji wbitego kolca w palec wskazujący i zduszonego okrzyku bólu. 

**ze względu na palec tylko i wyłącznie!

Ten wpis został opublikowany w kategorii Życie codzienne i oznaczony tagami , , , , , , , , , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

8 odpowiedzi na „Rycerka na srebrzystym koniu

  1. ~Alex. pisze:

    Dawno mnie tu nie było, a tak lubię do Was wpadać!:) Wczoraj nauczyłam się jednej ważnej rzeczy: kto nie ryzykuje ten nie gra;) Jesteście super dziewczynami i poradzicie sobie w nowej pracy, bez obaw. Jak ja bym chciała, żeby o mnie w walentynki tak ktoś zadbał! :) Randka się co prawda odbyła i było całkiem sympatycznie, lecz bez większych perspektyw na przyszłość..;) Pozdrawiam Was gorąco.

  2. mała-myśl pisze:

    Po tym Waszym walentynkowym dniu zebrało mi się na wspomnienia.. ;)

  3. ~czekoladowa pisze:

    Uwielbiam Wasz blog. Uznałam, ze będę codziennie czytać jeden wpis mojej Żonie. Po 10 latach wspólnego zycia, taka motywacja (wspólne aktywności, pasje, tworzenie tablicy marzeń) ogromnie nam się przyda. Jesteście inspirujące!
    Dziękuję:)

    • M i P pisze:

      Cześć dziewczyny! Dzięki za miły komentarz! 10 lat razem? Niezły wynik, mam nadzieję że też kiedyś dobijemy do takiej rocznicy :). Więc gratulujemy Wam stażu :)! Fajnie robić różne rzeczy razem, od razu człowiek bardziej zakochany się robi :). Pozdrawiamy cieplutko!

  4. Pysia pisze:

    Wy to jesteście udane :) „zestaw awaryjny” zawsze sprawdzony ;p Liczy się chęć i więź między Wami :)
    Z testem jakoś sobie poradzicie. Będę trzymać kciuki :)

  5. piacere pisze:

    Dobrze, że odpuściłaś masaż ;) A miłość i Walentynki powinny być dla zakochanym codziennie ;) Oby już na zawsze u was tak było!

  6. ~Matylda pisze:

    Walentynki to nie całkiem moja bajka. To takie samo wymuszenie okazania sympatii jak Dzień kobiet czy Babci. Jestem zwolenniczką okazywania (prezencikiem) swoich uczuć bez kalendarzowej okazji. Co do kamer… na co dzień jest ich tak wiele w całym mieście, w każdym urzędzie, i sklepie,że gdyby mi przyszło gadać do kamery to nie czułabym żadnej tremy. Swoją drogą to dlaczego my się na to godzimy?

  7. ~oLa pisze:

    Hej dziewczyny :) trzymam kciuki za nowa prace, zeby wszystko sie udalo po waszej mysli :) pozdrowionka :)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>