Usprawiedliwienie nieobecności cz. 2 + sposób na wzdęcia

Pe jest wyluzowana. Pe nigdy nie narzeka i nigdy nic jej nie przeszkadza. „Pe, mogę ostatnią frytkę?” „nospoko, smacznego”, „Pe, mogę iść na imprezę z samymi singielkami orientacji homoseksualnej?” „nospoko, baw się dobrze”, „Pe, mogę rzucić pracę i zostać pisarką?” „nospoko, powodzenia”. A więc moje oświadczenie, że oto ja, jej narzeczona, jadę sama w świat i będę samodzielną, samo decydującą o sobie istotą nie zrobiło na niej wielkiego wrażenia i rzuciła tylko krótkie: „Przywieź mi chipsy z biedry”. Taka serdeczna wolność i swoboda jest bardzo łatwa do pomylenia z obojętnością. Toż to szef Pe doznał większego szoku i urządził mi pogadankę na temat mojego wyjazdu. A mi serduszko ostatecznie rozpołowiło się na dwie części. Poczułam, że równie dobrze mogłoby mnie i nie być.

Jednak postanowiłam spędzić jak najlepszy czas i nie oglądać się za siebie. Plan był prosty. Leżeć w domku i pochłaniać mamowe obiadki modląc się, że nie ma tam przemyconych produktów odzwierzęcych przyjmując audiencje od rodziny i przyjaciół. Tak bardzo się myliłam.

Ląduje. Kraków, godziny wieczorne. Myślę sobie, cholera ile śniegu, moja Polska, świecące uliczki, jezu jakie piękne pola i łąki i i i i, a co tu takie czarne chmury?! Wysiadam z samolotu i oczy mnie pieką, nie mogę złapać oddechu, nos wysuszony. Podchodzę do kogoś z obsługi, że troszkę źle się czuję. Na to słyszę: „Czy panienka się z choinki urwała? Toż to TYLKO smog”. No okej, ale szczerze zaczęłam się martwić o E. Jak ona po raz, przez te śniegi, a po dwa przecież to takie chucherko, jak te płucka jej oddychają w te warunki?! Ale dobra dobra, jest dziewczyna cała i na czas. I chyba tylko to powietrze powstrzymało nas od wywijania orzełków na śniegu i lepienia bałwana. Od trzech lat nie widziałam takiego śniegu. Nie słyszałam takiego dźwięku pod butami. Musiałam znowu uczyć się chodzić w tych śliskich butach i dziwi mnie fakt, że nic sobie nie zrobiłam podczas tego pobytu.

Mimo, że komitet powitalny od wielu godzin oczekuje nas w domu to niestety nie mogłyśmy się nabablać w drodze powrotnej. I wylądowałyśmy w Katowicach. No bo, no bo ja chciałam zobaczyć wszystko. Homo miejscówki, wege miejscówki i ogólnie fajne miejscówki. Niestety kiedy wybija godzina pierwsza w nocy to miasto zamiera (no dobra dobra, środek tygodnia usprawiedliwia takie rzeczy). Do knajpy wpakowałyśmy się chamsko na samo zamknięcie. Przez 25 minut, w progu, konsultowałyśmy z załogą nasze położenie i wymusiłyśmy upewnianie naszych sumień, że nawet trochę jesteśmy tam mile widziane.

Po powrocie do domu postanowiłam, że rozpakuje się z miejsca. A tak żeby mieć od razu wolność stuprocentową. Zwłaszcza, że jak człowiek wpadnie w ciąg bezsenności, dostanie takiej pozytywnej adrenaliny to nagle dostaje jakiejś wyższej siły. I tak w połowie wpada moja mama: „A co ty dziecko robisz?!” „No… rozpakowywowywuje się, bo to podobno wciąż mój dom, tak? Nie? Tak?”, „Pakuj się z powrotem” „Bo…?” „Bo jutro lecimy do Hiszpanii”.

Planowałam taki wyjazd od wielu lat. Ale zawsze coś. Choroba, praca, dom, mleko na gazie, pierdoły, różne wymówki. Dlatego w takiej sytuacji najlepiej sprawdza się wyjście oparte na spontaniczności i wyłączeniu logicznego myślenia. Bo tak sobie myślę, że zwykle myślimy, że coś jest nierealne. A przecież inni tak robią. Więc wystarczy uwierzyć, zaplanować i działać. Podczas swoich wszystkich epickich porażek nauczyłam się jednego: czy stracisz prace, czy urwie ci nogę, czy pęknie ci opona rowerowa 20 km od domu i tak trzeba się z tym zmierzyć. Przecież nie usiądę, nie zacznę płakać i moje życie się nie skończy na tej oponie. Ok, może tak i być, ale w końcu wstanę i coś wykombinuje. Choćby na jednym kole pojadę. No dobra, bo teraz to zabrzmiało jakby ten wyjazd równał się z nastawianiu dysku. Chciałam podsumować, że jak macie dobry kontakt z rodzicami, to ruszcie tyłki i poza odbębnieniem rozmowy telefonicznej zróbcie coś razem. Ja wiem, że kredyty, dzieci, miłość, czytanie blogów czy zakładanie nowej rodziny jest czasochłonne, ale raz na rok można (nawet raz na dziesięć jest dobrym wyjściem). Napatrzyłam się w pracy na starszych ludzi, takich którzy będą jeździć całe pętle za jeden uśmiech w lusterku. A więc produkujmy pozytywne wspomnienia! Hurtowo! Takie jak: piękne widoki, kąpiele w oceanie czy unikanie niemieckich emerytów na wieczornej biesiadzie. Na koniec dodam, że moja rodzicielka przywaliła sobie warkoczyki na głowie. CHCIAŁA DREADY, ale nie było. Teraz figuruje pod pseudonimem Marika. Jak pewnie się domyślacie, takie warkocze są niezwykle pracochłonne. Ja wymiękłam i poszłam spać. Przebudziłam się wiele godzin później i przeżyłam terror. Matki nadal nie ma. A miała być. Na wpółdrzemiąca, roztrzęsiona że matkę zgubiłam w obcym kraju, z dokumentami, portfelami, ruszyłam do salonu. A Marika jak u siebie. Polska muza z telefonu, wali driny z fryzjerką i chichrają się na całego – a dodam, że fryzjerka francuskojęzyczna pochodzenia afrykańskiego – Marika po francusku tylko „merci”. I boli tylko fakt, że po matce odziedziczyłam nie to co trzeba. Czyli nie otwartość i towarzyskość, a rozrost ud i bolesne miesiączki.

Fuerta dała mi kopa i przegoniła czarne myśli. W ostatni dzień miałyśmy szansę pogadać tak od serca. O przeszłości, o przyszłości. A wszystko po to aby na koniec rodzic zagrał kartą starości i zadał pytania ostateczne w stylu: „eM a ty mi podasz szklankę wody na starość?”, „eM, ty mnie pewnie oddasz do domu starców?” i na koniec: „eM, a jak umrę to przypomnisz sobie ten nasz wyjazd?”. Po co mamo, przecież twoja wyrodna córka, która nie interesuje się twoim losem i nie spędza z tobą czasu odwodni Cię z premedytacją i zamknie ze starcami w najgorszych warunkach z możliwych.

A więc sami widzicie, działo się wiele. Choć to zaledwie cząstka całej historii, nieopisująca momentów, kiedy rodzic wprawia cię w zakłopotanie publicznie. Kiedy na przykład przy kolacji, otoczona pięknymi kobietami (a mnożą się one pod wpływem konsternacji jaką przeżywasz, taki trik umysłowy) nagle orientujesz się, że niczym w reklamie telewizyjnej, Marika wysuwa z plażowej torby Espumisan, świat zwalnia, hałas wytworzony przez tłum ścisza się i pada pytanie wieczoru, armagedon siekający twoją reputacje fajnej wakacyjnej laski – „EM CHCESZ COŚ NA WZDĘCIA?!?!?! W-Z-D-Ę-C-I-A!!!!!!!!!!!!!!”.

Ale! Nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło. Espumisan pomógł jak się domyślam nie tylko mojej mamie. Bo i mi, i Pe. (Głos lektorki) Dzięki Espumisanowi zaczęłyśmy znowu razem się śmiać, do bólu przepony. A potem rozmawiać. I tak do rana… Nasz związek wyszedł z cienia, poczułyśmy się swobodnie… a potem, leniwie, ale w końcu, zaczęła się tęsknota. 

Opublikowano Życie codzienne | Otagowano , , , , , | 2 komentarzy

Usprawiedliwienie nieobecności cz. 1

Okres od lipca do grudnia był dla nas tragiczny. I tylko lenistwo oraz brak organizacji uratował nas od zamieszkania osobno. Wszystkie marzenia i plany wydały się odległe i nierealne. W takich momentach nawet nieuprzejma pani Grażyna 50+ z ŻabkiUK pakuje chleb seksowniej niż zwykle. Styrana życiem pani listonosz wydaje się najfajniejszą babką na świecie, której człowiek pragnie torby z listami nosić. A pójdźmy nawet dalej! Imię sąsiadki, tej najbardziej irytującej i czepliwej, wypowiedziane na głos wywołuje pozytywne dreszcze. To taki etap, kiedy wszystko wisi na włosku. Kiedy człowiek marzy o roli w Beauty and the butch i nawet nie boi się pomyśleć, że dałby się takiej ukraść. To taki etap kiedy swoim hetero przyjaciółkom piszesz soczyste podteksty i masz nadzieje, że zauważą-nie zauważą. Flirtujesz na czatach z osiemnastkami i łykasz jak pelikan każdy komplement. Grabienie wyimaginowanych liści w zimowy poranek wydaje się ciekawszą perspektywą niż spędzanie czasu razem w jednym pomieszczeniu.

W dodatku nie robisz nic. Nie jesz bo żywisz się swoim nieciekawym losem. Nie uprawiasz sportów bo cała Twoja motywacja została wykorzystana na wstanie z łóżka w ogóle. Jeśli piszesz to tylko jakieś smuty, a bloga omijasz z daleka bo przypomina jak to było kiedyś. I weźcie powiedzcie jak to jest? Nagle z dnia na dzień Wasza szalona, najlepsza, najukochańsza połówka staje się kimś obcym i rutynowym. Krok kolejny jest jeszcze gorszy, człowiek wpada w depresje i zaczyna rozmyślać w stylu „skoro miłość się kończy to bez sensu” / „co to było, to wszystko” / „jak żyć”. W efekcie zawaliłam wiele spraw, zaniedbałam wiele znajomości i całe dnie spędzałam na wpadaniu w coraz większy dół.

Pewnego dnia ogarnęłam się i stwierdziłam, że muszę odzyskać moje życie. Zaczęłam planować. I gdzieś tak w oddali myślałam sobie, że zacznę wszystko od nowa z Pe czy bez. Ale nagle oblał mnie zimny pot i panika. Poznawanie kogoś od nowa? Wpierdzielanie się w dogłębne poznawanie nowej osoby? Słodki Jezu, nie chce mi się takich udziwnień w życiu. Na to wszystko usłyszałam, że teściowie nas odwiedzają. Rozsypałam się całkowicie. Nie miałam siły udawać szczęśliwej i sympatycznej. I wtedy przyszedł list.

Pracodawca wzywa do wykorzystania zaległego urlopu. Byłam w szoku. Z tego wszystkiego zapomniałam o tym całkowicie. Człowiek chomikuje i oszczędza cały rok urlopy na żądanie, nienawidzi siebie za prace w święta, za niekorzystanie z kół ratunkowych. I tak uzbierały mi się ponad trzy tygodnie. Pakuje się od razu. I oświadczam Pe „wyjeżdżam”.

Opublikowano Życie codzienne | 2 komentarzy

Snieg i marozy w środku lata.

- Mamo a skąd wiesz, że mamy problemy?

- Bo nie piszesz na blogu dziecko.

Więc przestałyśmy dusić wszystko w sobie i udałyśmy się po porady do losowych przyjaciół.

- Lol, i tak nic wam nie będzie.

-Jak nie wy to kto?

- Jak się rozstaniecie to stracę wiarę w miłość.

- Znowu wymyślasz, ona jest idealna, kochana, superancka. Kup kwiaty i wyluzuj.

Wyluzowałam więc, rzuciłam wszystko i wyjechałam w góry. SAMA. A tam wszystko o niej przypomina, głupia skała ma rysy jej twarzy. Cholerne jezioro kolor jej oczu, a ptaki świergocą „Pee, pee, pee”. Po tym wszystkim, matrixie powracających skojarzeń cofnęłam się siedem lat wstecz i wylądowałam w hotelu, w którym szukałyśmy schronienia przed TYM BRUTALNYM NIEROZUMIEJĄCYM NAS ŚWIATEM w czasach „chodzenia”. Nawet piosenka Ich troje zasłyszana w minibusie, cichutko nucona przez wrednego, wąsatego kierowce nabiera sensu. Nawet u tak zażartej fanki muzyki ciężkiej wyciska łzy.

I nie wiem czy było to zbyt wielkie stężenie potu, unoszące się w małej przestrzeni czy rzeczywiście zatęskniłam za domem. W głowię wciąż dudniło „my nie wyrzucamy, my naprawiamy”. Dlatego chyba przetrwałyśmy te wszystkie pokręcone momenty życia. Czy jest taki moment przegięcia, że naprawić się nie da?

A najchętniej to bym poszła na prawdziwe, polskie, wiejskie wesele i tańczyła z nią do białych jerozów. Aż nam nogi odpadną i pogodzimy się choćby ze zmęczenia, dla świętego spokoju.

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano | 15 komentarzy

O sztuce dogadywania słów kilka, czyli upewnij się, że małolata z youtuba nie ma więcej do przekazania ludzkości od Ciebie

Muszę przyznać, że ograniczyłam korzystanie i z Internetu, i z komputera. I całkiem nieźle na tym wyszłam. Bilans tego wszystkiego wychodzi na plus bo książki zostały przeczytane, Chodakowska już się nie gniewa, a nawet w pracy poszło do przodu, tylko ten blog stoi w miejscu. Poza tym, to spędziłyśmy bardzo miłe chwile w towarzystwie znajomych z Polski. Skoczyliśmy do Brighton zahaczając o Seven Sisters. Po wszystkim spałam może ze cztery godziny i żwawo poleciałam do pracy. Znowu za kółko. I jak to jest, że współpracownicy swoim nadmiernym zainteresowaniem twoim wellbeeingiem, stojący na straży poprawności twojego imagu i stanu zdrowia, bez ogródek lecz opiekuńczo wyrzucą ci: „wyglądasz na strasznie zmęczoną”, „powinnaś sypiać więcej” czy klasycznie: „jesteś chora? (w domyśle: bierzesz coś?)”. I tak od lat. A tutaj proszę, okazuje się, że im mniej śpię tym lepiej wyglądam i że „narzeczona dała mi się w końcu wyspać w nocy”. Na prawdę jestem niesamowicie wdzięczna za te bezinteresowne komentarze, kimże bez nich byłaby ma osoba? Nieuświadomioną anemiczką z podkrążonymi oczami, która jeszcze śmie przeciągać dni i noce w nieskończoność, nadszarpując poczucie estetyki współ-kolegów. Może i coś w tym jest, bo już zauważyłam, że im mniej śpię tym bardziej produktywna jestem. I być może w moich żyłach płynie jakieś antidotum na ludzkie zmęczenie, lub zawarta jest może tylko drobna odpowiedź na typowe pytanie forumzdrowie „chcę spać jak Napoleon Bonaparte”. Do tego wszystkiego po długiej przerwie teściowa (która oczywiście oficjalnie teściową nazwana być nie może bo jest to wbrew prawom natury, lecz na potrzeby bloga omieszkam się pominąć oficjalne tytuły w koligacjach rodzinnych) wraca do formy i wyskoczyła na skypie, że przytyłam, a Pe to już w ogóle szkoda gadać. I faktycznie patrzysz w te migające okienko, że leżysz jak Zordon, od dołu, niekorzystny kąt kamery, twarz i szyja rozpłaszczona, podkrążone oczy też nie pomagają bo akurat spałam drobinkę dłużej zeszłej nocy itepe. Lecz z drugiej strony jesteś w trakcie rzucania palenia, które utrudnia ci domknięcie lodówki plus wypruwasz sobie flaki z wirtualną trenerką. I pierwsze myśli w głowie tagują sytuacje #alewrednie #jestemoazaspokoju #cocieniezabijetowzmocni #nieprzeklinaj #hejter. Odliczam do dziesięciu i przypominam sobie, że kilka minut temu życzyliśmy sobie wszyscy smacznego jajka i dobroci w te święta. Robię więc dobrą minę i olewam. W końcu mam z -15 lat więc każdy kontrargument jest jakimś tam pyskowaniem do starszego. Więc jestem spalona już na starcie. Nasuwa się jedno już od dawna: bliscy to najwięksi hejterzy, którym średnio podskoczysz.

Jednak w przypadku pierwszym jak i drugim, takiego miłosierno-dobrotliwego komentowania osób drugich, które nie wnosi przecież do ich życia nic poza negatywną energią (okej, może w nielicznych przypadkach ekstremalnego „dosrywania” komuś, ten ktoś nagle wyskakuje z sześciopakiem na brzuchu  z wymalowanym na twarzy „a widzisz!” lub popełnia samobójstwo), spotkałam się z automatycznym usprawiedliwianiem takiego długiego jęzora (no co, mówię co myślę na głos!). A mianowicie: „to moja opinia, co nie mam wyrażać własnej opinii? [lekkie oburzenie jakby co najmniej odebrało się tej osobie prawa wyborcze]„, „takie jest moje zdanie [duma z posiadania własnego zdania]„, „ja jestem szczerą osobą, nie każdy taki jest [więc padnij u mych stóp i wielbij za moje uświadomienie ciebie]„, „tylko żartuje, na żartach się nie znasz? [moich wysmakowanych, z wyższej półki, z których osobiście sikam ze śmiechu]„. Kolejna żelazna zasada tyczy się komentowania spraw, które już się dokonały (lub są stałe), lub których dokonanie nie ma dla osoby drugiej aż takiego znaczenia (mogą być zmienne). Czyli poza klasycznym punktowaniem cech zewnętrznych możemy posłużyć się szerokim wachlarzem decyzji/opinii niezmiennych lub nabytych – włączmy w to homoseksualizm, ale nie tylko. Wybory żywieniowe, religijne (lub ich brak), kupno auta, a nawet zaadoptowanie psa czy kota, przez wybór towarzystwa aż do spraw zawodowych. Znacie to? O ile ktoś z rodziny na kredyt przyznaje sobie prawo do wyrażania własnego zdania na każdy temat, o tyle często czynią to osoby całkowicie z nami niespokrewnione. Zabawne.

Powiem jedno. Jasne, że każdy sobie może mówić to, na co ma tylko ochotę. Ale może zamiast pierdzielenia o tuszy czy innych niecierpiących zwłoki sprawach świata warto A. spojrzeć na siebie i wymagać od siebie (przede wszystkim uprzejmości/kultury) B. Zamknąć buzie i zabrać tego „grubasa” na rowery lub zarazić siłownią i spędzić miło czas. Do wszystkich  zbawicieli problemów tego świata – to jest właśnie ta granica bycia kulturalnym, pozytywnym i pomocnym, a bycia nieuprzejmym, negatywnym, wrednym, czepliwym i bezczynnym.

Z powyższych powodów często do naszego życia nie zapraszamy każdego, odgradzamy się. Do wspólnego radowania się z naszych decyzji czy wspólnego przejścia przez te złe. Nawet na blogu jestem zmuszona przemilczeć połowę spraw bo wiemy kto tu zagląda, a potem jeszcze przybije gwóźdź do krzyża (że tak wielkanocnie nawiąże). Bo na przykład adoptując psa nagle automatycznie stajesz się Wiolettą Villas ;). Taki mur buduje się słowami, na cholerę dokładać sobie charytatywnie czyjegoś beblania. Więc jeśli chcesz być blisko z synem, matką, przyjacielem, dziewczyną, znajomym, rodzeństwem, jest na to jedna rada – po prostu nie pieprz. Głowa do góry i do przodu, będzie inaczej, będzie miło.

Po całej tej historii z imagem „na ćpunkę” postanowiłam zaaplikować sobie dawkę komputera i przewertowałam vlogi pięknych nastolatek o nieskażonych cerach. Wiecie, jasny filtr, wesoła imprezowa muzyczka w tle, kupa śmiechu we wstępniaku – nic nie zapowiadało, że zostanę wtajemniczona w krąg pięknych cer i promiennego spojrzenia. A jednak, małolaty powiedziały mi więcej konkretów, ba wsparły psychologicznie i upewniły o moim pięknie – choć spędziłam z nimi ze cztery minuty per każda na youtubie. Zastosowałam zimne łyżki, maseczkę z herbaty, ogórka, ziemniaka i niezliczone specyfiki. Efekty przetestowałam na Pe:

- Hej miś, widzisz różnice? – konsternacja i badawcze spojrzenie Pe – Eee, yyyy, aaa [ratuj panie boże, stąpam po cienkim lodzie] nie kochanie, jesteś tak samo piękna – patrzę na nią z lekkim wkurzeniem – To znaczy nie nie!!! Stop!!! Zatrzymaj emocje! Mam na myśli jesteś piękniejsza! – No i nie pogadasz. Choć z podpowiedziami i nawiązaniami w końcu odgadła mój makeover oczu.

Ps. Moją intencją nie było urażenie żadnego członka rodziny/znajomych. Wkurzam się, ale kocham :)

Opublikowano Przemyślenia, Życie codzienne | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , | 4 komentarzy

Urodzinowe kłamstwo na Cyprze

Po ostatnim wpisie i wyrzuceniu z siebie zastanych zlepków problemów wybuchła nam wojna domowa pod tytułem „nasza zarąbista do kwadratu przyjaźń przygniotła miłosno-romantyczne uniesienia”. Jak wiadomo rutyna sieje ogromne zniszczenia, ale co robić kiedy rutyną staje się przefajne spędzanie wspólnego czasu, kiedy zaczyna brakować właśnie tego bezcelowego i przenudnego kontemplowania drugiej osoby? I dzięki światu za to, że krótko po tych wydarzeniach survivalowych (dumne spanie na jednoosobowym łóżku polowym, utrudniony dostęp do ciepłych posiłków czy egzotyczne „fukanie” dzikiego zwierzęcia zasiedlonego w Pe, gotowego kąsać na każde źle wypowiedziane słowo) nadszedł czas naszych urlopów. Ja już nawet byłam gotowa jechać sam na sam ze sobą na leniwą wyprawę, bez towarzyszki gubiącej nawet własne poczucie obecności na świecie. Wiecie, jak w tych poradnikach dla heteryków, które zdarzało mi się przechwycić podczas korzystania z transportu publicznego. „Zrób sobie przerwę aby odnaleźć prawdziwą siebie”. Jednak Pe oświadczyła, że tym razem to ona udźwignie stronę organizacyjną i zorganizuje nam przeromantyczny wyjazd pod tytułem „pokochaj mnie na nowo”. I zasypała mnie trzema, jakże pociągającymi propozycjami. Numer jeden: wolontariat w schronisku dla czworonożnych bez dostępu do bieżącej wody daleko stąd. Czyli zakopmy głęboko własne problemy pomagając innym, przy jednoczesnym przymykaniu oka na niedogodności w zbliżaniu się do siebie, wynikające z braku możliwości utrzymywania higieny osobistej. No w sumie, to tak też można to ugryźć bo zawsze jest ktoś, kto ma gorzej. Więc cieszmy się z tego co mamy. Takie proste, ale jednak doprowadziło mnie do furii. Propozycja druga polegała na tym, że pojedziemy samochodem do Polski, gdzie po dwudziestu godzinach nieprzerywanej jazdy (wykonanej przeze mnie, bo Pe jest wiecznie zbyt śpiąca i „nie lubi”) dotrzemy na Śląsk i… padnięte oraz nieświeże rozdzielimy się w swoje rodzinne strony i zasypiemy się odwlekanymi spotkaniami wpisanymi w napięty grafik, a wtedy już na pewno nie będzie czasu na rozmyślanie o problemach. Ani bycie razem. Trzecia propozycja to było, uwaga, coś o tym, że zostaniemy w domu bez żadnych perspektyw i pozabijamy się. Też byłam w szoku.

Dobra, dobra. Przerywam to narzekanie bo właśnie otrzymałam niespodziewany prezent walentynkowy więc od tej pory jestem udobruchana. Przynajmniej do końca tego dnia, więc teraz nieobiektywnie, w świetlanych barwach opiszę nasz faktyczny urlop.

Dziesięć minut przed północą kliknęłam przycisk „kup” wakacje, na które lot rozpoczynał się na drugi dzień. No tak, znowu wzięłam sprawy w swoje ręce, ale to było z przymusu! Stwierdziłam, że jadę wypocząć, a Pe niech leci lub nie. I wtedy moja kobieta mnie zaskoczyła, aż mnie wgniotło w krzesło. Podeszła do mnie i chrypkim głosem, z głębią w oczach oświadczyła: „żadnych wycieczek, żadnego zwiedzania, żadnych jezusowych sandałów i odcisków od łażenia, zakazuje ci też pakowania tego wszystkiego czego nie wzięłabyś na pierwszą randkę. Lecimy na przed-tydzień poślubny bez ciepłej i wygodnej bielizny”.

I wszystko zaczęło się pięknie. Pe podjechała po mnie umytym i odkłaczonym samochodem, który osobiście prowadziła przez trzy godziny, aż na lotnisko, załączyła nie-swoje ulubione piosenki i zorganizowała wszystko co było do zorganizowania. Niestety gdzieś w połowie drogi zaskoczyły nas wydarzenia losowe i okazało się, że na lotnisko dotrzemy grubo spóźnione. Ale nawet nie dopuszczałam do siebie żadnej negatywnej myśli, że coś może się nie udać. W razie czego wykonałam telefon do obsługi klienta, gdzie przełączono mnie do obsługi lotniska. Okazało się, że lot jest opóźniony i jeśli się pospieszymy, to wszystko może się udać. Na lotnisku podchodzimy do obsługi (napakowana lesba ochroniarka i malutki chłopak o malutkich stopach), która oświadcza nam, że jest za późno. Że przecież samolotu nie da się zatrzymać, że nie był spóźniony, że niby im przykro i że nie ma szans – wszystko odbyło się w bardzo nieprzyjemnej atmosferze. Mnie zamurowało, a Pe utrzymała się w spokoju jeszcze podczas opuszczenia stoiska bagażu po czym rykła rzewnym strumieniem łez. Toż to nasz związek zależał od tego lotu, jeszcze pięć minut temu otwierałyśmy w głowie butelkę wina i szykowałyśmy skórę na potężną dawkę słońca. Jednak nie dałam za wygraną i zadzwoniłam ponownie pod podany mi wcześniej numer aby błagać. Po pięciu minutach, ta sama ekipa musiała wydrukować nam bilety, sprawdzić dowody i odebrać bagaże. Nie przeprosili, nie odezwali się słowem choć ich twarze pogrążyły się w odcieniach głębokiej czerwieni. W między czasie jeszcze kwestionowali nasze dowody osobiste i dawali nikłe szanse na dotarcie naszych toreb do samolotu (i tutaj bardziej wierzyłam w ich złą wolę niż faktyczne problemy z dostarczeniem ich). Tak czy siak podczas sprintu na samolot przysięgłyśmy sobie szczerze niespóźnianie się już nigdy na nic choćby nie wiemy co!

W poczekalni (na drugim końcu lotniska dla utrudnienia nam zadania) okazało się, że wszyscy podróżni nawet nie postawili stopy na pokładzie samolotu. I o co mi chodzi? O to, że jak ktoś może pracować z ludźmi, w obsłudze, w branży gdzie ludziom sprzedaje się szczęśliwe chwile i słońce, jak ten ktoś może być takim smutasem i wredorem? Żeby z premedytacją nie wpuścić dwóch dziewczyn „na złość”. A co gdybym nie była taka pyskata, gdybyśmy były parą starszych ludzi, którzy nie upomną się o swoje, a gdybyśmy nie znały języka? Cóż, nie byłoby nas na Cyprze.

Na pokładzie samolotu spędziłyśmy wiele godzin, nim wylądowałyśmy w Paphos, a potem w Limassol. Kiedy Pe zaczęła realizować plan zakupienia wina (a co! Jak się godzić to na całego) spostrzegłam jak przy płaceniu zaczęła poruszać się nerwowo. Po trzecim przełknięciu śliny i czwartym podrapaniu się po głowie zwróciła się do mnie w najgorszy możliwy sposób: „eM gdzie są piniondze?” „jakie pieniądze?” „no eura”. Moja kobieta zostawiła wszystkie wymienione pieniądze w bagażniku naszego samochodu. W torbie, którą sama tam wsadziła, o którą dopytywałam PIĘĆ razy przed opuszczeniem pojazdu.

Swoje reakcje i opinie na ten temat przemilczę z powodu wspomnianego wyżej prezentu walentynkowego.

Kiedy dotarłyśmy na miejsce od razu humory nam się poprawiły. Hotel był piękny i romantyczny, nad samym morzem, z prywatną plażą, w tle ktoś grał na białym fortepianie, a my nie mogłyśmy uwierzyć w to jak opis internetowy czasami może jednak się zgadzać ze stanem rzeczywistym. Nigdy nie byłyśmy w takim miejscu, zawsze sypiałyśmy gdziekolwiek, tak żeby zaoszczędzić na wycieczki i zainwestować w doświadczenia. Jednak szybko okazało się, że w hotelu nie ma naszej rezerwacji. Na szczęście wszystko rozwiązało się na naszą korzyść.

Kolejne dni mijały nam na opalaniu się, spacerach przy szumie fal, próbowaniu różnych kuchni, oglądaniu telewizji (której nie mamy w domu, a taki poziom zdzirstwa na MTV na prawdę może zszokować po dziesięciu latach abstynencji medialnej). Szybko odkryłyśmy jak wiele rzeczy można mieć za darmo lub z paroma tylko euro w kieszeni. W końcu wschody słońca są za darmo. Pe zorganizowała nam masaż dla par. I to było bardzo dziwne doświadczenie kiedy obca kobita masuje ci ciało. Najpierw wyobraziłam sobie, że to Pe, ale jednak stało się to wtedy jeszcze dziwniejsze. W któryś dzień Pe pobiegła w tajemnicy na dół. Kiedy wróciła oświadczyła mi „eM, jeśli ktoś z recepcji będzie składał ci życzenia urodzinowe to nie bądź zdziwiona”. Okazało się, że moja Pe próbowała zorganizować dla mnie kwiaty, ale nie chciała nas outować nie będąc pewna jaka jest sytuacja, więc wymyśliła, że mam urodziny. Niestety na suchych życzeniach się nie skończyło. Zaraz po tym dostarczono nam do pokoju wielkie talerze owoców osobiście przez managerkę hotelu. Potem jak tylko przeżyłam maraton uścisków i „happy birthday” do naszego stolika dostarczono bukiet róż. Potem było już tylko gorzej. Przy kolacji nagle patrzę jak cała obsługa idzie w moją stronę z tortem. Cała sala zaczyna śpiewać sto lat i wybucha szampan. Nigdy w życiu nie czułam się głupiej. I modliłyśmy się tylko o to, żeby nikt nie spojrzał w kopię mojego dowodu osobistego. Choć i na to znalazłyśmy sposób, bo wymyśliłyśmy, że w kłamstwo będziemy brnąć dalej i wykaraskamy się ściemą o używaniu innego kalendarza. Przecież nie jemy mięsa więc i tak jesteśmy wystarczająco inne.

Wyjazd zaliczamy do tych bardzo udanych i stwierdziłyśmy, że raz na czas trzeba się wyluzować i nie wyciskać z życia tego co najlepsze, za wszelką cenę. Że czasami trzeba się zatrzymać i spojrzeć na to co już się ma, na to co już się przeżyło. W końcu mamy jeszcze około osiemdziesięciu lat na doświadczanie całej reszty.

Opublikowano Życie codzienne | Otagowano , , , , , , , | 6 komentarzy

Czy Muzułmanka może być lesbijką? Z pamiętnika kopciucha.

Moje urodziny wypadają chwilkę po świętach, zaraz po nocy sylwestrowej. I to kiedyś był wielki ból. Ponieważ prezent był jeden, z góry, na dwie okazję. Ewentualnie kiedy następował rozdział prezentów na dwa to ten urodzinowy zawsze był kalendarzem. Hurtowo. Każdego roku miałam plik kalendarzy. Nawet gdy ktoś chciał się wysilić bardziej to nie miał zbytniego pola do popisu. Bo wszystkie sklepy zawsze były pozamykane. Nie, przepraszam, jeden nie. Sklep pani Bożeny był zawsze czynny. Wtedy dostawałam zestaw figurek z porcelany. Kotki, pieski, słoniki – bo poza kalendarzami tylko one nadawały się na prezent. Czasami też lachła mi się kolorowanka, w pięciu identycznych egzemplarzach. Po kilku takich imprezkach zakrapianych Picollo zaczęłam wszystko planować z wyprzedzeniem. Zaproszenia dla koleżanek z podwórka zaczynałam tworzyć już w grudniu. I od razu zbiory były lepsze. Karteczki do segregatora z Just5 czy nawet klocki lego z konikami. Potem już nic nie organizowałam. Jak się wyszło na Sylwestra to wróciło dopiero dwa dni po urodzinach. A w tym roku nowy rok powitałyśmy osobno. Nie dość, że pierwszy raz w dorosłym życiu miałam wolne przed, w trakcie i po to jeszcze tego nie wykorzystałam. Pe zwijała się w gorączce i przespała wszystko. A ja latałam z góry na dół z cytrynowymi herbatami.

Co do prezentów, to chyba nadrabiam te wszystkie kalendarze bo moja Pe sprawiła mi pierwszą prawdziwą lekcję latania. Wyciągnęłam to z niej przed terminem, i dobrze bo chyba bym padła na zawał. Bo gdybym tak w nieświadomości nagle została zawieziona na lotnisko, bez przygotowania psychicznego to od razu pomyślałabym, że cholera jasna znowu skaczemy ze spadochronem. Jestem troszkę w szoku, że całość nie odbywa się na jakimś symulatorze czy coś. Że mam wykonać próbę lądowania i startowania i to w dodatku z całym moim światem za plecami, bo Pe ma towarzyszyć mi jako pasażer. Ale dobra dam radę. Czasami w filmach apokaliptycznych jest taki motyw kiedy ktoś pyta głównego bohatera: „robiłeś/aś to już kiedyś?!”. Kiedy świat opanują zombie, ja już będę mogła dorwać maszynę i powedzieć, że tak, już kiedyś tego próbowałam.

Pe zabrała mnie też na kolczykowanie. I tak przypomniały mi się czasy gimnazjalno-licealne kiedy w moim życiu rozgrywała się walka pomiędzy tym co chcę, a na co mi pozwalają. Reguły się oczywiście łamało, ale nigdy nie zrozumiem dlaczego rodzice czy szkoła zabrania metalu na ciele. „Nie pod moim dachem”, „jak skończysz osiemnaście lat”. No i dobra. Skończyłam, zakolczykowałam hurtowo wszystko co chciałam, po czym od razu ruszyłam do pracy gdzie kazali mi wszystko wyjąć. Toż to ten okres szkolny powinien być tą wolnością. Modyfikujmy się zanim zacznie się ten szantaż dorosłości! Albo praca albo wygląd. Jednak wciąż mnie to dziwi. Przecież teraz bardziej niezwykłe jest to, gdy ktoś jest pozbawiony tatuażu czy kolczyków niż to, że ktoś je posiada. No ale, ja zaciskam zęby, udaję alfę przed ładną piercerką i zdycham z bólu. Łzy się natoczyły do oczu, ale oto i jestem. Wracam do młodzieńczych lat, co było najlepszym lekarstwem na doła pourodzinowego. Po kolczykowaniu wykryłam u Pe wzmożone zainteresowanie mną, ale wszystko wróciło do normy wraz z końcem okresu. Niefart.

Za to Pe ma w pracy niezbyt cichą i niezbyt nienachalną wielbicielkę. Czy muzłumanka może być lesbijką? Nie wiem jak to działa, ale ta jest podwójnie. Lesbijką. I osacza tą moją Pe, która wraca z pracy do domu z irytującym mnie uśmieszkiem unosząc się w powietrzu. Satima chwilowo przebywa w Anglii, robiąc jakieś badania, w Turcji zostawiła męża i dzieci. I szaleje. Pe dostała nawet propozycję wspólnego wyjazdu. Bezemnie. Więc ja czekam na propozycję od Was, jak te swoje kobity rozkochujecie na nowo. Było romantyczne odegranie piosenki na gitarze („ćwicz dalej”), świeczki były rozpalone („gaś bo potem nie będzie mi się chciało wstać zdmuchnąć”), romantyczna kąpiel („nie nagrzałaś wystarczająco ciepłej wody”), spacer pod księżycem („cholernie zimno, wracamy”), kolacja we dwie („ale się najadłam idę leżeć”) czy nawet makeover ciała z depilacją każdej powierzchni („wyglądasz inaczej”). Ślepe to moje Pe, ale zauroczenia są chyba nieuniknione. Akceptuje to aczkolwiek trzeba działać zanim mleko się rozleje, czyż nie?

Uciekam zmywać gary i odkurzać  jak jakiś obdarty kopciuch. Takie tam rzeczy niewliczające się, a nawet niezahaczające o status bycia atrakcyjną. Ugotuję obiad, żeby to to ślepe też głodne nie chodziło, a nawet wymienie żarówkę w aucie, a co!

Opublikowano Życie codzienne | Otagowano , , , , , , , | 6 komentarzy

Świąteczne spotkanie z nami, z przyszłości

No i już po wszystkim. Były romantyczne światełka, zielone drzewko, odkurzacz w prezencie, wypełnianie świątecznych kartek (które nie dotarły na czas…) i oczywiście dwanaście potraw. Z tą różnicą, że w tym roku były to potrawy wegańskie. Dlatego mogłyśmy się napchać bez wyrzutów sumienia, a potem czuć się lekko i zwiewnie. Nasza kalafioryba po grecku zrobiła furorę. Całe święta przygotowałyśmy na ostatnią chwilę, w biegu po pracy, w jakieś cztery godziny, w rytmie świątecznych remixów. Była chwila zwątpienia. Były hasła „a może rzućmy to wszystko i jedźmy w podróż”, ale jednak -  prawie tradycyjne święta zwyciężyły. Pe objeździła całe miasto w poszukiwaniu karpia, któremu miałyśmy zwrócić wolność, niestety w polskich sklepach selekcja produktów jak za komuny. Ale samo gotowanie było bardzo przyjemne. Muszę ogłosić, że Pe radzi sobie coraz lepiej w roli „pani domu”. Stworzyła ciasto jadalne, które byłoby jadalne z pewnością (pomimo pominięcia głównego składnika)! Gdybym osobiście go nie przypaliła. Tak, przypaliłam ciasto, za co wymierzyłam sobie dziesięć uderzeń bicza w ciemnej spiżarni. W ten sposób wytrzepałam z siebie kompleks kucharza i nie traktuję już mojej kobiety w kuchni jak tanią siłę roboczą. Czyli Pe z kitchen portera oficjalnie awansuje na sous chefa, a wszystkie „podaj, umyj, pokrój cebulę czem prędzej bo zniszczysz me dzieło” odeszło w przeszłość. Ciasto numer dwa zeżarł nam pies. Więc jednak całe to obżarstwo naszej trójki wypadało spalić. Więc była i podróż.

Zaczęło się od wycieczki do Walii. Po drodze było nam do Birmingham więc wdepnęłyśmy do mojego brata. Wtedy Pe przypomniała mi, że jestem chrzestną i o ile ja mogę o tym nie pamiętać, to dzieciaki na pewno mi o tym pomysłowo i publicznie przypomną. Więc jak tylko zajechałyśmy pod sklep z zabawkami to od razu postanowiłyśmy przejść do planu B. Noż tam były tłumy jak na sylwestrze w Krakowie! Więc od razu zjechałyśmy na stację benzynową po czekolady, ogarnęłyśmy bankomat i prezent gotowy. Jeszcze długo, w aucie debatowałyśmy nad tym jak to głupio i płytko jest dawać dzieciakom pieniądze na gwiazdkę i że chyba jesteśmy najfatalniejszymi ciotkami pod słońcem. Że nie pociśniemy żadnej ściemy o tym, że św. Mikołaj przeciął nam trasę saniami, a ten brokat na ubraniach to pył po reniferach. Ale pod koniec Pe to bardzo podekscytowało: „Boże eM, będę pierwszy raz taką czekoladową ciotką z dzieciństwa, która daje gorzką tabliczkę z banknotami!”. Koniec końców dzieciaki wiadomo, że zadowolone po czym ponownie przykleiły twarze do tabletów.

W końcu dotarłyśmy do małej walijskiej mieścinki, której nazwy nie przytoczę bo piszę się ją w tolkienowskim elfickim bo odkryłyśmy, że w Walii jakiś inny język mają. Piękny ale szalony. Miałyśmy rozbić obóz w lesie bo któż tam nas sprawdzi w okresie świątecznym (jeśli myślicie, że wszędzie jest tak jak w Polsce – czyli, że możecie rozbić się gdzie dusza zapragnie to jesteście w błędzie. Tutaj na wszystko trzeba mieć pozwolenie dlatego nigdy nie dopuśćmy do prywatyzacji lasów!!!). Ale mnie rozbolał ząb, Pe zgłodniała, a pies zranił łapę, a do tego rozpadało się gorzej niż w Anglii. Więc przeczekałyśmy w hotelu, chyba w najlepszym jaki mógł nam się przytrafić spontanicznie. Bo nie dość, że widok miałyśmy na wodospad to jeszcze nakarmiono nas wegańsko, a do tego pies mógł towarzyszyć nam podczas śniadania. Oni tam chyba kochają psy bo do każdego pubu można wejść ze zwierzakiem. Okazało się, że wszystkie interesujące atrakcje są pozamykane. Tyrolka 100 mil na godzinę, nurkowanie w opuszczonej kopalni. Pe się ofukała, że przeczytałam te materiały turystyczne bo były to jej plany rocznicowe. No nic w końcu musiałyśmy ruszać w drogę.

Dotarłyśmy do parku narodowego – Snowdonia. Kierowałyśmy się na Snowdon czyli najwyższy szczyt w tamtych okolicach. Z każdą milą byłyśmy coraz bardziej przerażone. To było oberwanie chmury. Wodospady wylewały się na „drogi”. Drogi były ciekawej jakości i bardzo kręte. No ale rezygnacja nie wchodziła w grę. Nie jechałyśmy tylu godzin żeby kimnąć się w hotelu, zjeść jeszcze więcej i popatrzeć na świat przez okno. Opatuliłyśmy się workami na śmieci i ruszyłyśmy ostro naprzód, a Luna pognała za owcami. Szłyśmy, a im wyżej tym gorzej. Wiatr był tak ostry, że nie pozwalał nam iść, nie wspominając już o tym jak unosił naszego psa na lewo i prawo. W końcu zdecydowałyśmy, że trzeba zawracać. Wprawdzie już ustaliłyśmy podczas innej wędrówki, że gdybyśmy umarły to umrzemy szczęśliwe, ale po co przyspieszać ten proces. Zamoczone do suchej nitki uświadomiłyśmy sobie, że prościej byłoby iść nago. Wytrzeć się w ręcznik i po sprawie. A weź sciągnij mokre obcisłe spodnie w ciasnym aucie jeszcze w tle z inną grupą turystyczną. No nie było ciekawie. Wiatr był coraz silniejszy. Do tego stopnia, że Pe miała problemy z powrotem do auta i tak ona ciągnęła drzwi, a ja ciągnęłam Pe za majtki do środka jedną ręką, drugą trzymając się kierownicy. Fajna wycieczka. Chyba pierwszy raz się tak rozczarowałyśmy. Wyczerpane ruszyłyśmy w stronę Nottingham. I im dalej od gór tym cieplej. Nawet nie wiedziałyśmy gdzie dokładnie jesteśmy kiedy nagle z autostrady ujrzałyśmy zarys morza. I ten spacer po plaży uratował nasz dzień. Na parkingu, z auta, z wiadokiem na morze wypiłyśmy ciepłą herbatkę (mimo, że pan z obsługi stwierdził, że mają piwo, mają kawę ale herbatę to będzie dla niego ogromne poświęcenie zrobić). I nagle Pe mnie szturcha za ramię i wskazuje samochód obok. Zaglądam wścibsko, a tam dwie panie ostro po siedemdziesiątce (choć to mogło być po 60tce czy 80tce – bo wiek „babcia” jeszcze za wiele mi nie mówi) za ręce, przytulone, wpatrzone w horyzont. I tak myślę, cholera czy to czasoprzestrzeń się zagięła czy coś z wymiarami pomieszało? Ale pięknie by tak było przeżyć wszystkie święta właśnie tak, aż do lat babcinych (no może bez tego wiatru i deszczu z mokrymi tyłkami).

Opublikowano Życie codzienne | Otagowano , , , , , | 15 komentarzy

Gwiazdkowe prezenty i gender w praktyce

Powiem Wam jedno, kiedy razem ze swoją dziewczyną decydujecie się na wspólny prezent gwiazdkowy, to sprawy nabierają powagi. A kiedy nie jest to nic uroczego, seksownego albo służącego czemuś miłemu (jak xbox, plazma czy wycieczka), to już czas na kolejny krok ku pełnemu zaangażowaniu w związku (lub krok ku skapcieniu). Otóż pod naszą choinkę zawita wielkie pudło, oklejone gwiazdami. Podczas szaleńczego rozrywania papieru zapanuje domowa euforia i spadnie nam kamień z pleców. Bo zdecydowałyśmy, że w tym roku obdarujemy się odkurzaczem. Wielkim, czerwonym, który wyrwie każdego kłaka z podłogi.

A zaczęło się od tego, że Pe pierwszy raz od wielu lat, postanowiła zaplanować z miesięcznym wyprzedzeniem mój prezent gwiazdkowy. I pewnego dnia, Pe uzbrojona w tajemnicze spojrzenie oświadczyła mi, że dzisiaj, pod jej nieobecność przyjdzie kurier, a mi pod żadnym pozorem nie wolno zaglądać do paczki. I nawet postanowiłam się powstrzymać! Ale co z tego jak sam kurier, osobiście z równie tajemniczym spojrzeniem wręczył mi paczkę i zagadał „to dla pani ta zabawka?”. Noż cholera jasna, jaka zabawka?! Wiadomo co mi przyszło na myśl, cholerny zboczeniec. Kurier, nie Pe. Ale tak z grubsza przeprowadziłam wstępne badanie metodą organoleptyczną i doszłam do wniosku, że nie. To nie ta historia. Kurier miał na myśli zabawkę bez podtekstów. Pokojarzyłam fakty i dotarło do mnie, że to samochód na zdalne sterowanie. Nie wiem czy macie takie marzenia z dzieciństwa, których nikt nigdy nie spełnił. Ale ja mam. I mam przed oczami tego Piotrusia z drugiej Ce, który wyczyniał triki tym autkiem po każdym gruncie, w czasie kiedy ja ogarniałam zabawę w dom na przerwie. Historia uderzyła w moją mamę doszczętnie, i dzięki mojemu doświadczeniu zrozumiała czym jest gender. I pewnej gwiazdki, lata później, w formie żartu sprawiła mi właśnie taki samochód na rozweselenie po ataku kolejnej depresji. No zaskoczona byłam mega bardzo. Ale zabawa przednia. Niestety autko się rozleciało pod wpływem nasilonego użytkowania. Na szczęście z pomocą ruszyła Pe i stąd wziął się mój tegoroczny prezent.  Z racji, że prezent został zdemaskowany dostałam pozwolenie na używanie go przed dudziestymczwartym grudnia. I zaczęło się jeżdżenie po lasach, kałużach i piachu. Dziaciaki z okolicy oblazły mnie i tylko podziwiały w milczeniu. Bo nie, nie dam się „karnąć”. No ale! Prezentowy problem pozostał.

Jeśli chodzi o mnie to w tym roku czarna dziura. Nie potrafiłam dla Pe wymyślić niczego. I wtedy Pe stwierdziła „weź już nie myśl i kup mi odkurzacz”. I tak mnie to zaskoczyło bo w sumie Pe i nieprzymuszone sprzątanie niekoniecznie idzie w parze. W sumie to dlaczego nie. Wspominałam już, że w naszym życiu zaskoczeń nie brakuje więc niech w tym roku będzie normalnie i nudno. Bez niespodzianek. Uf i problem z głowy.

Opublikowano Branża | Otagowano , , | 8 komentarzy

Rozwiązłe życie, czyli nowa dziewczyna co trzy miesiące

Wiem, że o naszym związku mogę powiedzieć wiele rzeczy, ale na pewno nie to, że jest nudno. Na nudę ludzie mają różne sposoby. Przebieranki w sypialni, odgrywanie scenek i przydzielanie ról zwłaszcza zawodowych, rozłąki większe i mniejsze czy też pieczenie razem chleba. U nas to wygląda inaczej. Bo ja mam raz na trzy miesiące inną dziewczynę. Serio. Pe nie potrafi znieść jak nie zmieni czegoś w swojej fryzurze. A za zmianą włosów idzie też zmiana jej charakteru (jednak roztargnięcia nie da się wyplenić). Dzień przed naszym poznaniem miała włosy do pasa i bez żalu, w dniu w którym ją poznałam była już ścięta na „beatlesa”, grała na gitarze i tak wspólnie wariowałyśmy na koncertach. Potem już przefarbowała się na dziki blond, tak że jej nie poznałam kiedy zaczepiła mnie na ulicy. Wtedy nagle stała się strasznie wrażliwa i kobieca. Ale żebym nie przyzwyczaiła się za bardzo, to chwilę później kazała się zgolić na kilka milimetrów. Jak tylko ostatnie kosmyki włosów upadły na podłogę, tak Pe przeistoczyła się w najbardziej zadziornego butcha w okolicy. Jak chwyciła w ramiona to nie było ucieczki. Ale i to jej się znudziło. Włosy szybko odrosły i zażyczyła sobie nałożenie jasnoniebieskiej farby. I to był jej okres artystyczny. Szybkie cwaniackie ruchy zamieniła na delikatne muśnięcia motyla. Z głośników wybrzmiewała muzyka emo, a Pe zaciągała mnie do wszystkich galerii w mieście. Ale najbardziej zatkało mnie, kiedy pojechałam odebrać Pe z lotniska kilka dni temu. Podjeżdżam autem i wypatruje mojej kobiety zatęskniona. Kiedy nagle od strony pasażera wskakuje laska w długich dreadach i kolorowym ponczo. Rzuca szybkie „siema kochanie” i całuje mnie czule, po czym orzeka: „jestem głodna, daj mi coś”. Nie miałam nawet czasu na skojarzenie faktów Pe – ktoś w aucie – ja, tylko odjechałam z fajną laską w siną dal. A co! W drodze powrotnej zajechałyśmy o północy do jakiejś budy z fastfoodem i wciąż czułam się jak na sekretnej randce z nieznaną mi osobą. Pe po tym całym weganiźmie przejęła nowy styl bycia, który poszedł w parze z nowym imagem. Ostatnio czuję się jak wybranka jakiejś przewodniczki duchowej ruchu squattersów. Ale i do tego się przyzwyczaję. Jakby tak przejrzeć nasze albumy ze zdjęciami, to na każdym zdjęciu widać mnie z jakąś inną dziewczyną. I jak ja to wyjaśnie dzieciom?! I co mnie jeszcze czeka? I najważniejsze, czy ona pożera czyjeść dusze?!

Opublikowano Życie codzienne | Otagowano , , , , , , | 7 komentarzy

Randkowanie po naszemu

Moja droga Pe poleciała do Polski. Mnie przypadł zaszczyt opieki nad zwierzołakiem. Normalnie cała chata dla nas! Można nie golić nóg i byczyć się do woli i… i to chyba tyle. Aha było też śpiewanie na całe gardło Queen z należytym wczuciem mimicznym. Jak już opadłam z sił po tym wszystkim to zabrałam się za inne przedsiemwzięcia. Na przykład po długim okresie wymęczania dotarłam do końca książki „Firelight” Sophie Jordan. Gdybym nienawidziła niedokończonych książek to pewnie pozostawiłabym ją samą sobie po trzecim rozdziale kiedy to główna bohaterka jęczy nad niesprawiedliwościami jakie ją dotknęły. Ale przynajmniej zabiłam czas na tej niesamowitej kopii Zmierzchu wymieszanej z Hunger Games, z dodatkiem Divergent. Coś jakby autorka liczyła, że odkryła przepis na przebój kinowy, komercyjny i, że będzie szał i nowa moda z kubkami, wisiorkami itd. Albo chociaż, że ktoś „od biedy” to łyknie. Zauważyłam, że z moimi wyborami czytelniczymi spóźniłam się o kilka lat. Bo o ile jako nastolatka sięgałam po coś ambitniejszego, to teraz cofam się w rozwoju i czytam powieści dla trudnej młodzieży. Już wyszukałam, że seria ma więcej tomów, ale chyba nie powinnam się w to pakować. No chyba, że Sophie się rozkeciła, ale tego już sobie odmówię. W zamian za to zamówiłam Katarzynę Bondę, za rekomendacją znajomej. Oliwy do ognia dolewa fakt, że główna bohaterka jednej z książek nosi identyczne imię i nazwisko jak ja, a cała akcja rozgrywa się w moich rodzinnych stronach. Znowuż w innej mamy wątek lesbijski. No nic tylko zacierać ręce.

Ale dosyć o książkach. Zanim Pe wyleciała do Polski wybrałyśmy się na trzy randki pożegnalne. Ostatnio w mailu jedna osoba zapytała mnie czy my jeszcze w ogóle chodzimy na randki. Otóż z definicjami różnie bywa i ciężko wyhaczyć tą granice, to tak muszę przyznać, że zdarza nam się. Czasami jest strasznie cukierkowo, a czasami jest całkiem normalnie, ale świetnie! I wtedy Pe musi przypomnieć nam obu „jak coś to to jest randka” i wtedy można odhaczyć w księdze plusów i minusów. Ale wracając to otrzymałam od mojej drogiej Pe informację, że zaprasza mnie do kina na „Sufrażystki” – informacja została poprzedzona falowaniem brwiami i podkręconym melodycznie głosem, tak żebym załapała, że to najprawdziwsza randka. No to odstrzeliłam się i ruszyłam do kawiarni. I tak bablałam jak bardzo cieszę się na ten film przy kawce. I tak się zagadałyśmy, aż spostrzegłam, że do filmu zostało pięć minut. Zaczynam się zbierać i poganiać Pe i widzę, że ta wcale się nie rusza tak sprawnie jak powinna. W końcu wyznała, że zgubiła karnet do kina (trzeci raz), ale nie to było najgorsze, za chwilę okazało się, że i dowodu nie ma, nie ma też karty kredytowej. Jak zawsze wszystko wydarzyło się w niesamowicie tajemniczych warunkach, niespodziewanie, przecież „miałam to w portfelu jeszcze przed chwilą”. Tak nasza randka zamieniła się w nerwową lataninę po ostatnich miejscach odwiedzonych przez Pe. Film jednak w końcu obejrzałam, z fochem i nerwicą, a dokumenty odmiennie do mnie, bo w spokoju i niewzruszone leżały na podłodze sklepu. Normalnie bym się tak nie denerwowała, ale Pe gubi wszystko systematycznie. Telefony, dokumenty, ubrania (!), dodatki odzieżowe, torby i plecaki, książki. Jak ktoś próbuje ugrać coś na loterii, to lepiej jest pośledzić Pe i to jest dużo łatwiejszy sposób na wzbogacenie się o parę fantów.

Podejście drugie to miała być niespodzianka  w domu. Ucieszyłam się bardzo, bo przecież w domu już na pewno nic nie zgubi i wszystko będzie tak jak być powinno. Jeszcze dzwoniłam do niej z pracy, żeby się upewnić, że żyje i ślicznie mnie zapewniała, że wszystko pod kontrolą. W tym czasie wybrała się na randkę z naszym futrzakiem. Na pożegnanie miałbyć to najlepszy dzień w życiu naszego psa. Rower zapakowany na auto, szybkie bieganie po lesie. Pe pod dom wróciła zmaltretowana fizycznie, obłocona wraz z psem i rowerem, przemoczona do nitki. Staje pod drzwiami kiedy nagle odkrywa, że klucza od domu nie ma. Szok! Wtedy coś kojarzy, że chyba zostawiła na dróżce leśnej kiedy zdrapywała chusteczkami zimię z kół. W tym momencie to ją podziwiam, bo po klucz postanowiła się wrócić. Przez największe korki dnia. A uwierzcie mi, że UK zakorkowane jest ZAWSZE, mniej lub badziej. A, że roweru biedna nie miała siły załadować po raz drugi, to zakamuflowała go pod gałęziami. Mój nowy rower, wychuchany i ukochany wystawiła na takie ryzyko. Zwłaszcza, z jej predyspozycjami do znikających rzeczy. Ale wracając, jak wiadomo klucza już nie było tam gdzie „powinien” leżeć. Więc zaryczana w końcu zadzwoniła do mnie z prawdą na ustach, jadąc po raz trzeci przez zakorkowane miasto. A mnie zostały jakieś cztery godziny pracy, które Pe musiałaby spędzić na schodach, w deszczu. Więc przedłużyłam sobie trasę i zajechałam bohatersko przed dom. Pe wyglądała tragicznie, a po moim powrocie zastałam ją wyczerpaną w śpiączce. Więc z całego wieczoru najbardziej zadowolony był tylko nasz psiak. Nie wiem czy słowo „randka” wypowiadane przez Pe automatycznie aktywuje wszystkie przeciwności losu świata, ale od tamtej pory staramy się mówić bardziej „chodźmy na wiesz co”. Ale taniec brwi i ton głosu pozostaje taki sam.

Opublikowano Życie codzienne | Otagowano , , , , , | 2 komentarzy